Category Archives: podróże małe i duże

relacje i fotorelacje z wyjazdów …tych długich i całkiem króciutkich :)

KAMPEROINA – czyli nasz pierwszy długi wyjazd kamperem…Ukraina 2012

Co prawda Frape (koleżanka z ekipy) zaczęła opisywać już naszą podróż na Krym i „nazad” ale nie byłbym sobą gdybym nie dorzucił swoich paru groszy.
Opis trochę inny, wyjazd okiem faceta widziany i z lekkim jego przymrużeniem. Taki zapis myśli, wydarzeń, które podczas tej wyprawy miały miejsce. Było to zadanie, które sobie wyznaczyłem i z niemałym trudem udało mi się to zrobić 🙂
Opis ubarwiony jest fotografiami, głównie mojego autorstwa lub rodzinnego kolektywu, ale z racji pewnych wydarzeń i potrzeby zachowania chronologii są tu również zdjęcia Frape, czego na fotografiach nie omieszkałem opisać. Z powodu wspólnego wykorzystania z zasobów fotograficznych, niektóre zdjęcia będą się dublowały, z tym, że ja dodałem już wersje nieco poprawione ...kadrowanie, poziomy i takie tam drobnochy 🙂
Postanowiłem, że podam całość w formie obiadu dla zdecydowanie głodnych czyli pierwsze danie, drugie danie i deser na jednym talerzu. Zdecydowanie potrzeba z godzinkę lub dwie na przebrnięcie przez temat. Proszę zaparzyć sobie herbatki i zapraszam do lektury 🙂
A więc do rzeczy ...
__________________________________________________________________________

KAMPEROINACzyli nasz pierwszy długi wyjazd ...Ukraina 2012

No i zaczęło się. W zasadzie zaczęło się już wcześniej ale pierwsze słowa piszę na dzień przed wyjazdem po kamperka i ostatnie przygotowania przed wyprawą. Trzeba jeszcze parę rzeczy ogarnąć ...drobna kosmetyka, poprawki w ułożeniu bagażu i takie tam drobiazgi jak np wymiana butli gazowej czy ustawienie zbieżności ...drobiazgi :))) Ja wiem, że to na ostatnią chwilę ale jak się ma kampera 300 kilo"gramo"metrów od domu to jest ciężko na bieżąco wszystko robić ...ot, taka wymówka 😉
Tak czy inaczej jechać muszę. Sam poświęciłem dużo czasu na przygotowanie kampera do jazdy po zakupie i przed wyjazdem na Krym ale tata poświęcił go dużo więcej i już mi głupio wykorzystywać go do zajmowania się bądź co bądź moim samochodem. I tak zrobił naprawdę grubą robotę, a było co robić, oj było ...zdjęcia tego nie oddadzą, a robiłem je by udokumentować co i jak robiliśmy gdyby przyszło kiedyś moje M1 odsprzedać.
Dziękuję za pomoc tato 🙂




Ok - trochę się niepokoję. Raz, założony budżet raczej nie wytrzyma bo okazało się, że niby wszystko jest ale ...koszulki, krótkie spodenki, nowy (lżejszy) komplet kluczy, sztormiaki czy choćby nowe, międzynarodowe prawo jazdy (bo podobno lepiej mieć) i dziesiątki innych mniej lub bardziej ważnych rzeczy. A propos lżejszy ...dzisiaj mnie Ela (żona) zapytała czy skoro nie będzie mogła korzystać z dobrodziejstw siłowni to może zabrać na wyprawę hantelki ...nie skomentuje tego, ale zaproponowałem jej solar na ciepłą wodę lub lewarek ...jej mina bezcenna :)))) Chociaż z drugiej strony moje zamiłowanie do fotografii waży znacznie więcej niż hantelki ale to oczywiście zupełnie coś innego 😉
Trochę się niepokoję 2.
Ukraina to przecież jeszcze dość "egzotyczny" kraj, choć podobno po euro 2012 trochę się poprawiło ...czytaj "zdrożało". Bareja powinien u nich teraz kręcić filmy. Sam fakt wykręcenia CB radia jest dość dziwny ale trudno - zabieram 4 krótkiefalówki ...może przejdzie. Ostatecznie, po konsultacji z Darolem, CB zabrałem. No tak - krótkofalówki cztery bo jedziemy w cztery załogi: Darole, Dudusie, Frape i ja Zderzak czyli Bumpers Team lub Bumpersi - jak kto woli 🙂 Spotykamy się niedaleko granicy w Medyce, tam nocleg na stacji BP i rano wkraczamy w strefę mroku. Celnicy będą mili lub nie ...zobaczymy. Tak czy inaczej trzeba być przygotowanym na tzw. "tradycje", czyli po naszemu łapówki. Celnik to celnik zawsze coś znajdzie jak dobrze poszuka ...a to za dużo papierosów, wódki, zupek chińskich itp. Jestem dobrej myśli. Bardziej martwię się o dalszą podróż ...choć słowo martwię jest trochę przesadzone - odczuwam pewien dyskomfort bo nie wiem jak naprawdę wyglądają drogi, możliwości naprawy samochodu czy opieka lekarska. Samochód dość stary ( Fiat Ducato 1993 rok) i tak naprawdę nie przetestowany na takich trasach ...ja nie testowałem. Pewnie można podeprzeć sie forami internetowymi i tak też robiliśmy, ale zawsze trzeba mieć margines przyswajania tych informacji ..."papier" przyjmie wszystko. Zresztą każda indywidualna podróż obfituje w doświadczenia, których inni nie mieli - tylko przepisy są raczej stałe ...raczej.
Siedzę teraz w pociągu - to drugi dzień ostatnich przygotowań. Jadę, więc mam chwilę czasu by parę zdań sklecić. No właśnie ...w pociągu, już parę ładnych lat nie miałem tej przyjemności - fajnie 🙂 W dość przyjemny nastrój wprowadza mnie duet BOY w utworze " little numbers" - tak na marginesie to polecam te przesympatyczne panie.
Za dwie godziny będę w Częstochowie ...spacer po zieloną kartę, jakieś sznurówki na prowizoryczne sztormiaki i do kamperka. Może być problem, bo nie opróżniłem kibelka po ostatnim naszym zlocie w Dąbrowie Górniczej, a upały przez ostatnie dni były masakryczne - czosnek w nos i do roboty ...będę dzielny i dam radę 🙂 Nawet jeśli zemdleję to przecież kiedyś się ocknę 😉
Zamierzam też wprowadzić drobne poprawki lakiernicze bo lakier, którym malowałem nadkola jakiś kiepski - po wcześniejszym i dokładnym oczyszczeniu wyłazi taki robal "rdzawica upierdliwa". Może pomalować na rdzawo? ...hmm
Muszę też wywalić wszystko, co jest zbędne na ten konkretny wyjazd. To plus jazdy grupą - nie trzeba dublować pewnych rzeczy. Dzięki temu nie potrzebuje wiertarki i mogę zabrać np. matę szklaną i żywicę jakby komuś coś wlazło w elewację ... tfu, tfu, oby nie. Przejściówka do przedłużacza to ważna rzecz ...mam elementy ale trzeba poskładać - taki Adaś Słodowy i jego "zrób to sam". Jeszcze pewnie sporo takich drobiazgów się znajdzie. Kurcze, może nie starczyć mi czasu do jutra - tylko tyle dałem sobie czasu bo jeszcze trzeba się zrelaksować przed startem. Zapomniałem o najważniejszym - musze koniecznie zrobić rekonesans po szafkach i sprawdzić gdzie Ela starannie poukładała rzeczy. Mam spory kłopot ze znalezieniem czegokolwiek po nowych porządkach w kamperku. Aaa, no oczywiście musze wytłumaczyć dlaczego musze wiedzieć. Otóż na Krym jadę tylko z Adą, moim małym robaczkiem (córcią). Ela dołączy do nas w drugim tygodniu podróży ...przyleci samolotem do Symfa...tam czegoś. Odbiorę ją z lotniska ...albo nie :))) Była taka konieczność bo nie dostała trzech tygodni urlopu a ja nie specjalnie chciałem jechać sam przez Ukrainę by dołączyć do reszty ...w kupie raźniej. Eli tez to nie przeszkadzało - ona lubi latać a ja nie ...tylko ten budżet 🙂 Trudno, bezpieczeństwo ważniejsze i kropka, nie ma się co rozpisywać.
W uszach rozbrzmiewają mi teraz zupełnie inne klimaty - Dream Theater "another day" Jakoś nie mogę się z muzyką rozstać a podróże sprzyjają słuchaniu . To trochę tak jak z aparatem fotograficznym, już tak mam - wychodzę to zabieram słuchawki i aparat, ot taki "zestaw kibica". Mam nadzieje, że obie te rzeczy będą mi towarzyszyły przez całą podróż i motywowały do dokumentowania jej. Co do fotografii to mam taką pewność ale pisanie wymaga więcej cierpliwości i tu mogą się pojawić pewne problemy 🙂 Plan mam taki - jeden dzień - jedna strona albo opisany jeden dzień. Dla kogoś, kto na co dzień podpisuje tylko listy polecane i odpowie na parę maili to prawdziwe wyzwanie nie wliczając takich wysokich poprzeczek jak wieczorne grile i inne hej sokoły 🙂 Nie chcę tego traktować jako dziennika czy poradnika dla chętnych na podobny wyjazd ...ot po prostu takie moje przemyślenia i opis podróży - oczywiście będą również fotografie, całe mnóstwo fotografii ale dopiero po powrocie jak wszystko ogarnę. Nie co dzień jedzie sie w taką podróż a już na pewno nie kamperem, który ma dużo więcej lat niż moja Ada ...takie wyzwanie dla twardzieli (hahahaha, prawie na głos mi się wyrwało w przedziale). Nawet jak będą jakieś braki "pisarskie" to uzupełnię je fotografiami ...fotografować muszę bo inaczej się uduszę 🙂 Kilka drobnych zakupów, rzeczonych poprawek lakierniczych, ogarnięcie logistyki pakowania i w drogę . No może prawie bo postanowiłem zrelaksować się przed wyjazdem i może lekko znieczulic sie złotym napojem w zacnym towarzystwie - reszta przed południem.
O, znowu duet BOY ale tym razem w utworze „waitress”.
Ok, dzień kolejny. Wizyta w "dorabialni kluczy" - złamałem jeden od schowka a zapas musi być. Kolejna drobnostka - zbieżność. Cały czas miałem wrażenie, że ściąga auto na prawą stronę. Pojechałem na stacje diagnostyczną, sprawdzili i owszem ale w granicach normy. Natomiast miałem bardzo mocno poluzowaną nakrętkę od drążka kierowniczego ...czym to groziło raczej nie muszę pisać ale ciarki mnie obleciały. Zostały do zrobienia tylko zakupy do lodówki - jakiś nabiał, coś zielonego i już. Auto zapakowane więc czas jechać do kamperowni.
Dzień wcześniej dowiedziałem się, że Duduś z nami nie jedzie. Szkoda bo czym nas więcej tym lepiej. Jakiś zły szef robił problemy w pracy czy coś koło tego ...hmm, trudno. Spotkanie na hali - przyjechali Darole i przywieźli ostatni element mojego wyposażenia czyli Adę :). Ooo, niespodzianka - informacja, że Duduś jednak jedzie czyli wszystko wraca do pierwotnych założeń. Będzie nas gonił do granicy ale jedzie ...fajnie.




Trasa - "parę" kilometrów i dojechaliśmy na pierwszy nocleg przed wjazdem na Ukrainę. Wierzbno, stacja BP. Po piwku na głowę i spać, pobudka o 7 a wyjazd o 8 - nawet się udało 🙂
Dojechaliśmy do granicy. Kurcze, zupełnie jak kiedyś. Kolejki, masa ludzi nerwowo spoglądających na innych i w kierunku przejścia. Uda się czy nie - pewnie przewozili coś ponad normę lub mało legalnego. Byli tacy ludzie do wynajęcia. Jeśli było coś ponad 50 kg na osobę to trzeba było wynająć kogoś ze "staczy" by nie było dużych problemów z przejazdem. Temat dotyczył głównie Ukraińców. My pewnie mieliśmy coś ponad ich normy ale jakoś z tego powodu nie mieliśmy specjalnych stresów ...przynajmniej ja. Sporo jedzenia, papierosy w szafce, wódka oczywiście w lodówce ...takie podstawowe wyposażenie kamperka 🙂
Staliśmy w kolejce około 1,30 godziny nawiązując w międzyczasie jakieś drobne znajomości i wysłuchując opowieści, które tak naprawdę wszyscy znamy ...no może część z nas tylko z opowieści.
Ustawiliśmy się na pasie dla osobowych aut czego oczywiście nie omieszkali skomentować nasi celnicy bo to przecież auta specjalne ale udało się. W kolejce z ciężarowymi stalibyśmy do dzisiaj 😉 Polski celnik zabrał paszporty, sprawdził czy nikogo nie przemycamy w pod prysznicem, zapytał czy to moje auto i już. Ukraińcy to inna bajka, mogli rozebrać auto i nawet nie powiedzieć przepraszam ale jakoś chyba mieli humor. Dostałem coś w rodzaju obiegówki, drugi celnik wszedł, sprawdził szafkę z jedzeniem, wbił pieczątkę i mogliśmy przekroczyć "strefę mroku". Fajne było to, jak pytali gdzie jedziemy (bo przecież Euro 2012 się właśnie skończyło). Jedziemy na Krym, po co? Zobaczyć, no on wie ale po co? Hmm, można by się zastanowić ...ale po co? Pojedziemy, zobaczymy i już.









Po przekroczeniu granicy zrobiliśmy drobne zakupy w postaci kart telefonicznych. Puki, piny, dwa delfiny i już 🙂 fon działa. Dane przekazałem Eli i jedziemy dalej. Plan był taki, że dojdziemy do miasteczka Uman potem, że Haisyn ale się nie udało ...i w sumie dobrze. Nie udało się bo ilość kilometrów w stosunku do jakości dróg była zbyt duża a czemu dobrze? ...o tym później. No właśnie ...drogi. Gdybym miał śmietanę w lodówce to pewnie teraz byłoby masełko. Lekko wyremontowana droga w kierunku stadionów z powodu Euro a tak to dziura na dziurze. Amortyzatory uderzały tak bardzo, że aż bolało. To fakt, drogi kiepskie ale czym dalej w głąb kraju tym lepiej - tak mi się wydawało. Może to nie autostrada (albo i tak), ale do Odessy jest około 300 km całkiem fajnej drogi. Tam w zasadzie nie trzeba było zwracać uwagi na koleiny i dziury. Był mały pokaz siły ze strony milicji - zjeżdżając na tą drogę, Dudusiowi przed maską stanął jeden milicjant, bez konkretnego powodu postanowił go zatrzymać po czym zezwolił na dalszą jazdę nam wszystkim. To, że taka trasa pokonywana z prędkością 80 km/h jest nużąca to raczej posiadaczom kamperów nie muszę pisać. Zdecydowanie nie byłem wyspany, bo kilka dni poprzedzających wyjazd jakoś nie miałem na to czasu...musiałem na tej trasie prosić o przystanek bo momentami miałem wrażenie, że nie kontroluję toru jazdy - redbull, żywe granie z radyjka i jakoś dałem radę. Adrenalinę podnoszą też pewne zdarzenia. Wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka po kilkugodzinnej jeździe tylko "na wprost". Skrzyżowanie, światła ...Dudusie jadą jako liderzy, dalej Frape, Darole i ja. Pierwszy przejechał - redukcja na trzeci bieg, Darole to samo (bo zakopciło:) czyli przelatujemy. Kurcze, Frape po hamulcach, panika - opony piszczą, ja mokry, Darol odbija w lewo wadząc lusterkiem o tylny słupek Frape. Ja jeszcze bardziej w lewo ...nastawiłem się centralnie na "czołówkę" na lewym skrajnym pasie. Serducho biło jak szalone bo mogłem zwiedzić toaletę Daroli od zewnątrz. Na szczęście nic się nie stało i mam nadzieję, że tak będzie do końca podróży. Gdyby to zdarzenie miało miejsce przed naprawą hamulców w moim autku to nie było by wesoło. Zabrałem matę szklaną i żywicę ale z nadzieją, że nie ruszona wróci do Polski. Ehh, trzeba po prostu być cały czas czujnym i tyle. Generalnie trzeba na Ukrainie uważać. W miastach nawet po zmroku kierowcy nie używają świateł i jeżdżą jak chcą. Poziome oznakowanie pozostawia wiele do życzenia a światła na skrzyżowaniach są bardzo mało widoczne ...najczęściej schowane w gałęziach drzew - już wiemy, że można nie zauważyć, nie będę pisał kto miał taką przyjemność 🙂







Ale ok, wracam do wcześniejszej trasy.
Po połknięciu kolejnej dawki mniej lub bardziej "dziurawych kilometrów", tankowaniu, minięciu kolejnego posterunku milicji pilnującego fotoradaru jak daru bożego i jedynego źródła dochodu ...wreszcie postój - uff. Zatrzymaliśmy się w bardzo ciekawym miejscu a mianowicie ni mniej ni więcej tylko pod rozlewnią wódek Niemiroff ...zapach już świadczył o bliskości jakiś kadzi. Miejscowość Niemyriv ...raj dla duszy, nie tylko Polskiej 🙂 Zastanawiałem się, czy rano będziemy mogli prowadzić auta bez ryzyka utraty praw jazdy bo nasiąknięci nieco pachnącym powietrzem mogliśmy podpadać a tutejsza milicja nie ma alkomatów ...wąchają i trzeba chuchać.











Wzbudziliśmy dość duże zainteresowanie pracowników i ochrony firmy, bo jak się domyślam, nie często pod fabryką parkują kampery i do tego cztery. Brama wyglądała jak ta historyczna w stoczni Gdańskiej bo zebrała się spora grupa ludzi i przyglądali się nam tyle, że bez okazywania specjalnych emocji. Ot, po prostu, przyjechali normalni kosmici 🙂
Chociaż to trochę tak, jak wzdłuż całej naszej trasy ...kamper na Ukrainie to jeszcze dość unikalny widok. Dla zobrazowania sytuacji wyobraźmy sobie, że przed naszymi oknami ląduje historyczny Zeppelin - trzeba wyjść, zobaczyć i już.
Z prawej strony fabryka ziejąca specyficznym odorkiem, z lewej jeziorko, które zapewne również miało jakiś zapach jednak zdominowany przez ten fabryczny ...generalnie całkiem sympatycznie. Nawet miejscowe koty jakieś takie mało agresywne, jakby odurzone 🙂
Kolacja, piwko z miejscowym wędkarzem, który jak większość ludności Ukrainy, ma rodzinę w Polsce i o której nie omieszkał nam opowiedzieć i spać, bo rano jechaliśmy dalej.
Przed wyjazdem zrobiliśmy obowiązkowe zakupy w firmowym sklepie bo okazało się, że w niedzielę też mają czynne. Ciekawe, że nie byliśmy pierwszymi klientami ...godzina mniej więcej koło 8 rano a już kilka osób było przed nami ...w tym również nasi rodacy 🙂











Dalsza droga w kierunku Odessy nie przyniosła żadnych ciekawych zdarzeń z wyjątkiem tego milicyjnego pokazu sił i drobnej awarii w postaci "wylatanej" uszczelki z boku Darolowego kamperka, która najwyraźniej miała ochotę poczuć wiatr we "w gumie" 🙂 Trudno się dziwić bo ja przy tak zawrotnej prędkości na tej autostradzie (całe 90 w porywach) również bym chętnie "wylatał".































Dotarliśmy na kemping. Ribakivka, kemping "Słowiczy Gaj" (N46.60940E031.31157). Prąd, woda, morze czyli wszystko, co potrzebne by odpocząć ze dwie doby. Za dziecko, siebie i kampera zapłaciłem w sumie 240 hrywienek, co nie jest niską ceną ale zamiast najpierw zapytać o cenę to my wjechaliśmy i ustawiliśmy auta więc tak naprawdę mogli podać cenę z księżyca bo raczej już byśmy nie szukali dalej. Jest ok, cena przełknięta ale patrząc przykładowo na sanitariaty jednak ciężka do strawienia. Sklepik w recepcji nieźle zaopatrzony w lody i inne "małe jasne" więc pomogłem trawieniu skutecznie 🙂 Plaża trochę mała ale dzieci siedziały w wodzie więc miejsce dla nas było :). Po obiedzie kawa, piwko i relaks.
Po południu zostaliśmy zaproszeni do sąsiadów w celu "zacieśniania więzi" między narodami 😉 Przed zaproszeniem pytali czy "druzja" mają gitarę ...gitary nie było ale "woda sprzyjająca rozmową" była. Duduś podjął wyzwanie i grał w ichniejsze "warcaby" ...szybko się nauczył i ograł gospodarzy ...Polska - Ukraina 2-0. Trochę to niepoprawne politycznie ale jakoś nie umiał przegrać. W nagrodę dostał te warcaby ...w prezencie. Chłopaki, jak się okazało pracownicy służby więziennictwa, chcieli nas wyciągnąć na jakiś miejscowy ubaw ale nie daliśmy się porwać ...i chyba dobrze, bo wrażeń i tak już mieliśmy sporo. Ich dziewczyny nakłaniały: "Łola choć, no Łola" ...pojechali sami.
Mnie włączył się "wieczorny szwędacz" ...na nieco miękkich nogach poszedłem nad morze, taki wieczorny spacer przed spaniem. Wracam a ktoś mi świeci po oczach latarką. Myślę sobie ...pewnie ochrona jakaś, milicja albo dostanę po głowie. Rzeczywiście ochrona ale w postaci Darola ...wyszedł mnie szukać czyli się martwili - to miłe 🙂
Rano, około piątej, poszedłem postawić się na nogi - zimny prysznic z widokiem na pole bo zasłonkę zrywał wiatr, kawa i zabrałem się za uzupełnianie wpisu. Lepiej rano niż wieczorem ...życie to zweryfikowało 🙂










Dzisiaj zamierzamy dotrzeć na Krym. Jest 6 rano i pewnie zaraz będzie jakaś pobudka bo kilometrów jeszcze sporo przed nami. Jeśli będzie taka możliwość to zatrzymany się gdzieś "na dziko" nad morzem.
Miasto Mykolaiv. Szybkie zakupy w miejscowym markecie ...chleb, nabiał, słodycze i jakieś piwko z promocji. Ja kupiłem jeszcze kilka płyt z ukraińskimi hitami ...do auta w sam raz.
Godzina 14, jesteśmy na Krymie. Temperatura w kabinie nie schodzi poniżej 36 stopni. Szukamy miejscówki. Jest. Miejscowość Steregoszcze, kemping "Delfin" - lokalizacja nad samym morzem. (N45,45, 01, 94 E33,14,17, 93 ) Obiadek z biedronki, kawa, piwko i towarzystwo poszło wykąpać to i owo. Mnie udało się załatwić prąd do lodówki bo jako jedyny nie mam wersji na gaz. Gość z ichniejszej administracji nie bardzo chciał się zgodzić ale perspektywa zarobienia paru groszy zmiękczyła jego serce 😉















Dzieci były w wodzie jakieś 15 minut. Dudusiowe dzieci wystraszyły się meduz, Ola narzekała na muł a Ada zgubiła w tym mule buty do wody ...oba na raz. Jak to możliwe to nie wiem ale dzieci są zdolne czyli czekają mnie tak zwane "nieprzewidziane wydatki". Ale co tam, jest uroczo 🙂
Nie mogę doczekać się poranka, może w końcu wyciągnę aparat ...ten prawidłowy.
Ela przysłała mi koordynaty gps na lotnisko czyli nie będzie wymówki, że nie trafiłem i musi wracać do domu ...trudno 😉 Chociaż muszę przyznać, że trochę się stęskniłem.
Pisałem, że jest uroczo? Pisałem ale właśnie przesiadłem się do słońca, piszę i obserwuję mecz piłki kamienno - muszelkowej bo piasku na tej plaży niestety nie ma. Ale i tak jest uroczo 🙂 Z racji vipowskich miejsc, czyli stolików przy linii autu, zostaliśmy poproszeni o pilnowanie czasu gry. Dwie połowy po 20 minut, dogrywka 2x5 minut ...no proszę, karne. Dzielnie odtrąbiałem klaksonem koniec czasu ale wyniku nie pamiętam. Chłopaki grali o skrzynkę piwa i zapewne ktoś to wygrał.
Dzisiaj, jak siły pozwolą, będziemy ustalać dalszą trasę po Krymie. Zaleta kamperka ...trochę tu, trochę tam.
Ok, wracam do piwa - mam nadzieję, że jeszcze dam radę dzisiaj coś napisać ...albo znowu wstanę przed świtem 😉

Poniższe fotografie wykonała moja córcia, Ada.



Niestety nic nie napisałem tego wieczoru ale wykonałem coś, czego generalnie nie robię ...ostrzygłem maszynką Dudusiowe dzieci "na wójka Rafała" czyli boczki na 1mm a reszta na mokro uczesane do góry - taki miejski irokez 🙂
Zrobiłem jeszcze coś ...miałem okazję na sfotografowanie zachodu słońca. W tym miejscu i w tak pięknych okolicznościach przyrody jeszcze nie miałem przyjemności. Okazja ku temu była wyśmienita 🙂







Środa. Wstałem o normalnej porze, około 7 rano. Odwiedziłem prysznic i inne miejsca związane z porankiem. Szybkie golenie i to co lubię najbardziej ...poranna kawa :).
Pogoda dzisiaj jest bardzo umiarkowana - słońce za chmurami, jest ciepło ale bez skwaru.
Dzieciaki porwały Grześka na boisko, Ola i Ada jeszcze śpią czego Emil i Franek nie mogą zrozumieć ..."jak to, 9 rano a one śpią?" Panie leniwie sączą cytrynowe piwo, Wojtek zabezpiecza logistykę ...uruchomił nawigację by nie było niespodzianek - jedziemy do Eupatorii. Mecz Grzesiek kontra dzieci - 2:0 czyli Grzesiek będzie dzisiaj spał jak dziecko 🙂



Jedziemy do Eupatorii. Niby nic nie wydarzyło się po drodze ale tereny, które mijaliśmy to jakiś kosmos. Jedno skrzyżowanie, stare PGR-y oczywiście nieczynne, stado krów przed maską. Taka ziemia niczyja ...oby w tym miejscu auto się nie popsuło. Dojechaliśmy do miasta. Nieco dziwne a raczej dziwna zabudowa. Źle napisane - nie dziwna a inna, ciekawa zabudowa. W naszych rejonach nie spotykana. Mieszanka kultur, więcej meczetów niż cerkwi. Parkowanie pod meczetem. Ten zamknięty czyli zwiedzamy cerkwie ...hmm, raczej mało udane bo remont i oglądanie dość trudne z uwagi na rusztowania. Przy morzu dość słabo wyglądający z daleka port z plażą - ja bym tam z kocem nie poszedł. Lany beton na całej długości. Szybki obiad w pizzerii i ruszamy szukać kempingu. Chwilę nam to zajęło.




























Jest kemping - N45'10 585 E33'19'233. Gps pokazuje miejscowość Mors'ke. Wjeżdżamy na teren. Doduś się zatrzymuje się i ani metra dalej ...całe szczęście. Pierwszy raz w życiu widziałem żeby komuś spadł pedał hamulca ...tak fizycznie, na wykładzinę. Lokujemy się i sprawdzamy o co chodzi. Po wstępnych oględzinach i zamocowaniu dźwigni wygląda na uszkodzenie pompy - trzpień od serwa nie odbija. Nie jest dobrze. Wojtek dogadał się z miejscowymi i jest umówiony na wizytę w warsztacie jutro na godzinę 14. Czekamy. Tymczasem piwko, grill ...czyli jest ok chociaż miejsce średnio wygląda - plaży nie widziałem ale jest piasek czyli dzieci zadowolone. Dookoła sporo Rosjan. Zajęli wszystkie gniazdka więc "eliektryki u nas niet". Na przeciw nas Rosjanie pod namiotami - ustawili wysoki maszt, na którym dumnie powiewa flaga ...no właśnie, radziecka, z klasycznym sierpem i młotem. Myślałem, że na wieczór usłyszymy jakieś kalinki czy inne kazaczoki ale nic takiego nie miało miejsca - pełna kultura. Na aucie Daroli też jest flaga ale taka malutka ...Wojtek wspomaga symbolikę i paraduje w koszulce Euro 2012 🙂





Czwartkowy poranek, koło 6 rano. Wziąłem aparat i poszedłem nad morze. Nie szykowałem się na wschód słońca bo i tak wstawało za murem, na tyłach kempingu. Ekipy z obsługi dzielnie sprzątały plażę i układały leżaki. Kilka osób się kąpało. Woda stosunkowo ciepła i wyjątkowo spokojna ...fale tylko w Australii 🙂 Wracam do kampera, woda, gaz, siadam i piję poranną kawę w towarzystwie Iwony i Wojtka ...dołączyła Ola - kończę pisanie.
Towarzystwo wybrało się na plażę a ja dalej budzę Adę. Wstała. Późne śniadanie i poszła za resztą. Szybkie porządki i też mam zamiar złapać słońce przed wyjazdem. W między czasie przyszedł Duduś. Okazało się, że wpadł na pomysł, co zrobić z awarią samochodu. Chłodna woda widocznie pobudza myślenie. Kurcze, naprawił …i z uśmiechem dzieciaka jedzącego loda poszedł na plażę - brawo 🙂 Mechanik odwołany. Planujemy wyjazd w spokojniejsze miejsce, może za darmo, na dziko. Zobaczymy. Tutaj płacimy 30 hrywien za osobę, dzieci do 11 roku życia za free, kamper 10 hrywien. Czyli ten pierwszy kemping był naprawdę drogi - zupełnie nie adekwatnie do oferty.
Darol rozłożył markizę bo żar leje się z nieba, czekamy na cień.
Uzupełniamy zapasy wody przed drogą. Niestety konewką bo jest tutaj problem z instalacją węża - warto więc mieć taki wynalazek.






Droga ok. Dojeżdżamy do miejsca docelowego. Okolice miasta Berehove ( N 45'10.585 E 33'19.233). Miejscówka marzeń :). Nad samym morzem a w zasadzie na skarpie. Zdjęcia zapewne pokażą jak cudownie :))) Dzieci na plaży. Zeszliśmy z Darolem i Frape do nich robiąc zdjęcia.
Znowu wzbudziliśmy zainteresowanie. Ola kupując kukurydzę dla dzieci dowiedziała się, że już o nas we wsi i na plaży mówili " Polaki w biełych, haroszych maszinach". Przejeżdżał koło nas mercedes okularnik ...kilka razy. Ja wstałem i patrzyłem centralnie na nich a Grzesiek wyszedł przed kampery i odprowadzał ich wzrokiem. Niech wiedzą, że ich widzieliśmy.
Koło nas handlują pamiątkami, warzywami, owocami ...i butami do wody ale w męskiej wersji - Ada nie chce czyli spacer w wodzie będzie odbywa się z pieśnią na ustach „au, au, au” 🙂
Stoliki rozstawione, kawa, herbata, piwko kupione w pobliskim sklepie. Jakby ktoś potrzebował stacjonarne wczasy w tym miejscu to jest taka możliwość. Pani w sklepie dała wizytówki: Bierjegowoje, ul. Primorskaja 8, tel +38(095)5555829. Dowożą za darmo z Symfamopolu, z lotniska, po uprzedniej rezerwacji. Pokoje, prysznice, tv. To ewidentnie wczasy stacjonarne ale jest pięknie.













Szykuję się teraz na fotografowanie zachodu słońca ...nie tylko ja :). Żal by było odpuścić - takie widoki tylko tutaj 😉
Zdjęcia zrobione. Prawie wszyscy wyciągnęli sprzęt i pamiątki są. Darole mają rodzinne w promocji. Kończę bo stół zastawiony 😉
Siedzimy przy stole, nad morze podjeżdżają "młode wilki" ... tuningowana Lada Samara. Szybka sesja zdjęciowa jakiejś miejscowej lalki i pojechali. Idziemy spać, godzina 23... mam mieszane uczucia, zostać i pilnować kamperków czy iść spać. Spanie silniejsze.
Piątkowy poranek. Szybkie zdjęcie z sypialnianego okna. Wstające słońce lekko smagało okoliczne łąki - światła i cienie czyli coś co lubię. Na większą sesję nie było warunków ...i tak nic nie przebiło zachodu słońca.
Okazało się, że nasz cichy parking na noc zamienił się w centrum rozrywki. W pobliskiej knajpie, w połowie zejścia na plażę, całą noc grała muzyka ...mnie to osobiście nie przeszkadzało i spałem jak dziecko.











Ponieważ wysiadły mi światła wsteczne to musiałem się tym zająć. Ada została z tej okazji zaproszona na śniadanie do Daroli. Ja leżąc pod autem przekąsiłem tylko piasek ze zderzaka bo czas gonił :). Naprawiłem tylko tak zwaną dyskotekę ale wstecznego nie ma dalej. Trudno, jedziemy. Parędziesiąt kilometrów i jesteśmy na nowym miejscu. Nazwy miejsca nie znam ale mam namiar GPS N44'43.531 E33'32.949. Miejscówka tuż przy plaży i niestety w sąsiedztwie śmietnika - wieje od morza więc nie ma problemu. Rano zobaczymy bo wiatr się zmieni o ile dobrze pamiętam ze szkoły. Sporo ludzi więc większego wyboru nie mamy. 30 hrywien od auta niezależnie od ilości osób czyli cena do przyjęcia. Poszedłem z ekipą na plażę. Między plażą a kamperami płynie rzeczka więc można się opłukać z soli ...woda zaoszczędzona. To znowu jedyne kampery na kempingu więc ludzie obserwują. Zdążyłem się przyzwyczaić ale i tak czuję się trochę jak Niemcy parę lat temu w Polsce.
Ela przysłała numer lotu czyli mam ostatni dzień wakacji :)) Jutro czeka mnie sprzątanie kampera ale wcale nie takie duże jak myślałem bo Ada spisuje się doskonale w roli partnera podróży ...jestem z niej dumny. Widziała, że mam sporo pracy więc zajęła się zmywaniem i ogarnianiem kampera do jazdy ...zresztą nie tylko dzisiaj - super 🙂
Poprosiłem ekipę by zwiedzanie Bakczysaraju przełożyć na niedzielę bo Ela chciała też coś zobaczyć. Akceptacja, podpis prezesa i sprawa załatwiona. W ramach wkupnego Ela będzie gotowała zupę ogórkową dla wszystkich tylko jakoś nie wyobrażam sobie tego "karniaka" na wieczór 😉
Jak to Darol mówi "jest cudownie" - piję ciepłe piwo bo lodówka od dwóch dni nie działa. Uszczelki trzymają masło w ryzach by nie wypłynęło na wykładzinę. Liczę, że znajdę jakiś prąd bo pomijam lodówkę ale trzeba zdjęcia na dysk zrzucić bo "klisza się skończyła" a mój laptop działa tylko na prąd - bateria uszkodzona. Może w pobliskiej knajpie? Pójdę po piwo to się dowiem. Jest tam wifirifi, więc może wrzucę na serwer kopię tego pisania, szkoda by było stracić wszystko, co nie bez trudu udało mi się sklecić.
Ok, kończę bo już się ze mnie śmieją, że znowu piszę.
Wieczór - jest miło 🙂 Wyciągnąłem zapasy z lodówki, dzieci poszły po piwo 😉 Niestety chleb spleśniał - może dlatego, że jeszcze z Polski. Nie ma problemu bo jest drugi ale trochę wstyd. Dzwoniła ciocia Jola, mama Darola ...nieco zaskoczona, że to ja odebrałem telefon. Szybka informacja: " nie wiem, gdzie jestem, nie wiem gdzie jutro jadę ale wszystko jest w porządku" ...długo potem nie dzwoniła 😉 Franek mnie ciśnie o ipada bo chce pograć czyli muszę kończyć.
Kończymy kolacje. Na kempingu jest dość głośno bo w pobliskiej knajpie jest dyskoteka. Wokół nas palą się ogniska. Idziemy spać bo jutro jedziemy do Sewastopolu.





Sobotni poranek, 21 lipiec. Klasyka tematu czyli poranna kawa.
Mają tutaj ciekawą pobudkę. Od samego świtu lata nad naszymi głowami stary, ciężki "poradziecki" wojskowy śmigłowiec, z klasyczną czerwoną gwiazdą. Zapewne zaraz będę miał towarzystwo do kawy bo nie ma opcji, by ktoś go nie słyszał.
Mamy drobny problem. Wojtek chyba ma anginę ...nie mamy antybiotyku. Dzwoniłem do Eli i być może uda jej się coś załatwić i przywieźć. Oby bo Ukraina na trzeźwo jest trochę przygnębiająca 😉 Ela dzwoniła - antybiotyk załatwiony. Czyli jest szansa człowieka uratować od przygnębienia 
Jedziemy do Sewastopola. Miasto średnio fajne - port, trochę średniej klasy zabytków ale całkiem przyjemnych. Zobaczyliśmy port, muzeum marynarki i cerkiew ...niestety w remoncie. Dałem się naciągnąć na zdjęcia z gołębiami. Pani nie powiedziała, że to płatne i chciała 80 hrywien za kilka zdjęć. Skończyło się na 40 za Adę i Olę. Masakra, nie wolno się dać omotać.










Pojechaliśmy do dawnej stolicy Chanatu Krymskiego, do miasta Bakczysaraj. Chcieliśmy zobaczyć Monastyr Uspieński i jeden z trzech zachowanych w Europie muzułmańskich kompleksów pałacowych a mianowicie pałac chanów krymskich, w którym zanajduje się najważniejszy na Krymie meczet - Wielki Meczet Chan-Dżami. Dojechaliśmy. Miejscówka N44'44.821 E33'19.233. Sympatyczny parking pod restauracją w której jedliśmy obiad. Gołąbki z mięsem zawijane w liście winogron, szaszłyki z baraniny, rachunek na deser (do przełknięcia) i idziemy. Całkowicie wydrążony w skale klasztor (taka ciekawostka). Kobiety muszą być okryte ...zasłonięte nogi, ramiona i głowy a panowie spodenki poniżej kolan ...chodzi oczywiście o długość nogawek ;). W środku maleńkiego pomieszczenia właśnie odprawiana jest msza. Miejscowi mnisi cicho, niskimi głosami, jednostajnie śpiewają. Jest bardzo duszno a w pomieszczeniu unosi się zapach kadzidła potęgując uczucie duszności. To nieco mistyczne doświadczenie ...przynajmniej dla mnie. Chętnie się wybiorę na prawidłową mszę do cerkwi choć pewnie tego akurat klimatu nie doświadczę. Fotografować nie wolno więc po dość krótkim czasie wychodzimy (Frape zrobili jedno zdjęcie).







Idziemy w kierunku najbliższego ze skalnych miast ...a jest ich tu kilka. Po drodze można kupić zioła co leczą wszystko, coś na ząb z chaty jakiejś babuni i napić się lemoniady lub herbaty. Zdecydowałem się nic nie jeść, nie pić tylko dojść do końca z Darolem i jego Olą i zrobić kilka zdjęć. Ostatecznie wszedłem sam, bo nie mieliśmy przy sobie wystarczającej gotówki na bilety - żony zabrały 😉 Bilet za dorosłego 40 chrywien. Reszta ekipy wróciła do kamperów. Frape też byli na samej górze ale trochę wcześniej.
W sumie "szału nie ma" ...trochę murów, dzwonnica, półki skalne, kilka pomieszczeń wydrążonych w skale ...ale kurcze, jest w tym całym miejscu jakaś magia. Cały Bakczysaraj jest taki dość wyciszony, melancholijny …nie licząc turystów, których w jakiś magiczny sposób udało mi się na chwilę nie zauważać ale tylko na chwilę. Uliczki stare ale dość zadbane, zabudowania w większości są niskie a okna wielu z nich wychodzą niemal na jezdnię ...tak wąski jest chodnik. Rzucają się w oczy te po lewej stronie od wjazdu, na zboczu. Ludność, choć tylko jednostki, wygląda nieco inaczej. Rozmawialiśmy o kelnerkach z restauracji, które były skrajnie inne. Jedna o zdecydowanie tatarskich rysach a druga nieco mongolskich (według mnie) ...notabene śliczna była 🙂 To jedno z niewielu miejsc na Krymie, do którego bym wrócił. Najlepszy był widok na ...hmm, chyba przełęcz. Widok zapierający dech w piersiach i powodujący drżenie kolan ...wysoko jak diabli. Byłem sam więc włączyłem czujność ...by nie mieć zbyt długiej drogi powrotnej do grupy - o ile bym dał radę. Doświadczyłem kolejny raz dość dziwnego uczucia - chodziłem po uliczkach, którymi przechadzali się ludzie dziesiątki lat temu. Stąpali po tych samych kamieniach, dotykali tych samych murów, oglądali prawie to samo co ja - generalnie setki myśli ...jacy byli, kim byli, czym się zajmowali. Oczywiście w tym momencie nie byłem w stanie odpowiedzieć sobie na te pytania i nie pytałem innych ...obawiałem się trochę, że mogą mnie źle zrozumieć ...choć może niesłusznie. Pierwszy raz miałem takie uczucie idąc ulicami Puli na Istrii z tym, że tam akurat chodziły legiony rzymskie, które zrobiły z kostki brukowej lustro. Chyba miałem sporo szczęścia, że mogłem "samotnie" zwiedzić to miejsce. Jakoś nie wyobrażam sobie tego typu refleksji idąc z jedną z miliona zorganizowanych wycieczek. Człowiek nie ma wtedy czasu na pewnego rodzaju kontemplację a mnie w takich akurat sytuacjach włączają się one dość często. Już tak mam ...może dzięki temu jestem fotografem - a może odwrotnie 🙂
Zrobiłem co do mnie należało ...stop, co chciałem i wróciłem do reszty załogi.














Ok, chwila przerwy w oglądaniu zdjęć ...czas poczytać więcej 🙂
Wieczór zaczął się jak zwykle miło ale nie uczestniczyłem w pełni no bo przecież trzeba po żonę jechać na lotnisko 🙂
Mijaliśmy z Adą zabudowania Bakczysaraju późnym wieczorem. Jakżesz inne to miasteczko. Ożywiły się okoliczne knajpki stylizowane na wzór tatarski, w których podawano na niskich stołach a klienci siedzieli na takich bufiastych, zdobionych (jak mniemam) poduchach. Wokół przewijali się ludzie spragnieni weekendowych wrażeń i kursowało mnóstwo taksówek, dowożąc klientów z okolicznych miejscowości. Zapewne było też sporo miejscowej ludności, łącznie z turystami choć tych ostatnich zapewne nie wielu, bo jak gdzieś wyczytałem, tutejsze pokoje do wynajęcia nie są najwyższej klasy ...delikatnie rzecz ujmując. Nie widziałem, nie wiem, nie wypowiadam się ale może warto to sprawdzić zanim zaplanujemy tu dłuższy urlop. Ja miałem własny pokój ...z silnikiem 🙂
Jadąc do Symferopolu miałem stres niewielki ...raz to dziury a dwa to jednak obcy kraj i 50 km w jedną stronę. Miasta nocą przeważnie są ładniejsze ale to akurat nawet o tej porze jest średnie. Oznakowanie tradycyjnie do bani. Pełne skupienie i jakoś się udało. Jest Ela. Korzystam z obecności bankomatu niemal jednocześnie odganiając się od wybitnie namolnych taksówkarzy i jazda z powrotem. Po drodze, tak zwany "kot" złowrogo zamruczał i chciał podrapać mnie po plecach ...wygoniłem sierściucha, nie będzie mi się stawiał 😉 Smrodek zniknął.
Wjeżdżając do Bakczysaraju stwierdziłem, że miasto dalej tętni życiem więc wyjść jest gdzie. Mogłem się tego domyśleć po "setnej", mijającej mnie taksówce ...w większości już bez pasażerów.
Dojechaliśmy na miejsce około 1 w nocy. Ekipa już w domkach więc chyba czas na spanie. Szkoda, ba jak się dowiedziałem, nawet tańce były. Mam pecha bo jak się dzieje coś ciekawego to mnie akurat nie ma 🙁
22 lipca. Niedzielny poranek zaczęliśmy z Elą od zwiedzania klasztoru. Obiecałem ekipie, że nie będę wstrzymywał wyjazdu i zrobimy to o świcie. Udało się. W samym klasztorze było lepiej niż dnia poprzedniego a to za sprawą zdecydowanie mniejszej ilości ludzi. Kilka osób, głównie miejscowych, podążało w kierunku kaplicy, gdzie jak się okazało odprawiana była poranna msza. Nie odbywało się to jak dzień wcześniej, w głównej sali, tylko w bocznej, mniejszej. Niemniej jednak, było niemal tak samo podniośle. Mała ilość ludzi pozwoliła mi lepiej przyjrzeć się samej kaplicy i zdobieniom ... hmm, może raczej ich brakowi bo w porównaniu do innych cerkiewnych budowli, tu panuje niemal ascetyzm. Ściany surowe, przejścia do pomieszczeń, okna, ołtarz - wszystko drążone w litej skale. Ponieważ jednak wygląda to zupełnie inaczej niż w Polsce i nawet w innych cerkwiach na Ukrainie, to wbiło mi się w pamięć. Jedyny "przepych" jaki zauważyłem to szaty popa, który prowadził liturgię. Inni, włącznie z siostrami, byli dość prosto, niemal ubogo ubrani. Coś, co mnie prawie zawsze fascynowało, to "cerkiewny" śpiew podczas nabożeństwa. Teraz akurat tego nie było (a szkoda) ale odnoszę wrażenie, że takie wykonania podnoszą rangę nabożeństw. Nie wiem czy to trafne określenie ale są jakby bardziej ...dostojne.
Przy wejściu do kaplicy, już od samego świtu, czynny był tutejszy sklepik z pamiątkami jednak zupełnie innymi niż na dole. Głównie ikonami a raczej ich współczesnymi wersjami i masą drobiazgów. Trochę szkoda, że nie kupiłem bo to w końcu pamiątka na lata i choć pewnie nie zawisnęłaby w mieszkaniu to jednak zawsze pamiątka.
Fajnie było się przejść o poranku tą trasą (z wyłączeniem skalnego miasta) bo było zupełnie inaczej - niemal pusto, bez ludzi. No właśnie ...ludzie. To jedyny minus tego miejsca bo od samego rana do późnego wieczora w okolicy klasztoru i skalnego miasta przewalają się autokary i generalnie tabuny turystów a tłum uzupełnia ekipa miejscowych. Mają w ofercie wycieczki piesze, quadami lub starymi, poradzieckimi Uazami. Pojazdami to rozumiem bo są miejsca, do których pieszo ciężko dotrzeć ale piesze? Nie różni się to niczym od zwiedzania samemu z wyjątkiem faktu, że przewodnik jest w stanie opowiedzieć trochę i to w naszym języku. Mocno łamana to polszczyzna ale zawsze 🙂 Ja wolałem w tym wypadku słowo pisane, tym bardziej, że towarzystwo przewodnika kosztowało to prawię tyle samo co jazda samochodem. Aha - ten przewodnik co nas nagabywał to osoba prywatna, która coś wie ale nie jest przewodnikiem z prawdziwego zdarzenia. Sam to powiedział, informując, że pod klasztorem nie będzie z nami rozmawiał bo go ktoś za to policzy. Nie jestem pewien czy w ogóle jest tu jakiś przewodnik z "licencją". Jest w tym miejscu masę straganów gdzie można się zaopatrzyć w niezliczone pamiątki, "prawie" ręcznie robione, lub na przykład ...plastikowy karabin maszynowy :))) Ehh, wszędzie wkradnie się tandeta jeśli tylko klient się trafia.
Poranna kawa, śniadanko, rachunek za prąd do "chołodielnika" (co łaska 20 hrywien) i zaczniemy wycieczkę od pobliskiego pałacu Khana.
Ponieważ straszyliśmy trochę Emila i Franka nową, straszną ciocią więc biegają wokół kamperów jak wolne elektrony i badają granicę ...choć powoli, to jednak zaczynają się przyzwyczajać. Nie taki diabeł straszny i jak to mówi Wojtek "będzie pan zadowolony" :))
Wstęp na plac pałacowy jest darmowy jednak już zwiedzanie samego pałacu jest płatne i to dość słono jak na tamtejsze warunki. 40 chrywien od dorosłego. My kupiliśmy bilety w pakietach. Sam pałac ciekawy. Nie robi piorunującego wrażenia choćby z racji wysokości ale to akurat wynika z historii i nazwy. „Bagca” to po tatarsku sad a „Saraj” to pałac. Co do wielkości, czy raczej wysokości, to przecież ludność koczownicza - dwa piętra w zupełności wystarczą. Nazwa też ma chyba znaczenie ...ogród a nie "lasy kanadyjskie" 🙂 Jedyne wyjątki to wieże strażnicze i oczywiście minarety. To taka ciekawostka dla człowieka z naszych stron ...pałac moooocno orientalny. Same zabudowania nie były w stanie oprzeć się upływowi czasu - to widać. Pewnie nie wygląda tak, jak w XIX wieku, kiedy to znajdował się w najgorszym podobno stanie. Ze względów turystycznych jest na bieżąco odnawiany ale widać na nim "ślady zużycia". O potędze tatarskiej jak i o samym pałacu głośno było w literaturze.
Pisali o tym niejaki Pan Puszkin i oczywiście nasz rodak Adam M. "Sonety Krymskie" ...podobno to kiedyś przerabiałem w szkole - podobno 🙂
Cytat:
"Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina.
Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,
Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,
Przeskakuje sarańcza, obwija gadzina..."
Zainteresowanych dalszą częścią, odsyłam do jednego z sonetów - "Bakczysaraj".
Ale to prawda. My już nie zobaczymy świetności tego miejsca. Możemy tylko posłuchać legend czy poczytać przewodniki i encyklopedie. Samo miejsce a już z całą pewnością włodarze tych ziem musieli robić ogromne wrażenie skoro liczyła się z nimi, bądź co bądź, ówczesna potęga ...Rzeczpospolita. O tym również jest w rzeczonym sonecie: „ Gdzież jesteś, o miłości, potęgo, chwało!“. Ano, nie ma i o mały włos wcale by nie było. Komuniści po zajęciu Krymu chcieli zatrzeć ślady po Tatarach ale ostatecznie zostawili pałac jako "pamiątkę" ucisku biednych, rosyjskich niewolników przez reżim tatarski. I całe szczęście. Ten dziwny pęd do zacierania wszystkiego "co było złe" jest jakiś chory. Ktoś, kiedyś zasugerował wyburzenie Pałacu Kultury - chory człowiek albo deweloper . Osobiście stawiam na to drugie 😉
Według legendy, bardzo znana, pałacowa "fontanna łez", została wykuta przez perskiego artystę z litego marmuru na znak ogromnego żalu Khana Krym-Gireja po śmierci jednej z żon, Diljary, która została otruta przez swoją rywalkę.
Przyszłym zwiedzającym pałac wewnątrz, szczególnie polecam fotografie znajdujące się przy większości eksponatów. Nie ze względu na fakt, że mnie przypadły do gustu ale ze względu na prawdę o minionej epoce. Same eksponaty nie wiele powiedzą nam o ludziach ale w połączeniu ze zdjęciami bardzo dużo jesteśmy w stanie zrozumieć. Jak to tak odbieram i polecam takie podejście do oglądania. To takie przeglądanie starego, rodzinnego albumu. Ubrania, fryzury, otoczenie ...to wszystko sprawia, że jesteśmy w stanie wchłonąć namiastkę tamtych czasów. Fotografie genialne w swojej prostocie.
Koniec czytania ...wracamy do zdjęć 🙂
















Ok, wystarczy, wracam na ziemię. Poświęciłem miejscowości Bakczysaraj sporo czasu ale jak pisałem jest to jedno z niewielu miejsc na Krymie, do którego chętnie bym wrócił - tak na trzy, cztery dni. Może kiedyś...
Po powrocie z dawnych czasów jedziemy w kierunku Jałty. Za radą napotkanych w pałacu Polaków, omijamy bardzo ciasne serpentyny i jedziemy w kierunku na Sewastopol i na Jałtę. Trochę dalej ale droga szeroka. Zatrzymujemy się w miejscowości Inkerman. Cerkiew na skale. Odniosłem wrażenie, że albo ci ludzie się czegoś bali budując takie świątynie na wysokościach albo robione było to pod publikę albo dlatego, że chłodnej. Nie miałem czasu przestudiować przewodnika więc nie będę dywagował na ten temat- sprawdzę w domu. Szybkie zwiedzanie i jedziemy dalej.



Kierujemy się na "Jaskółcze Gniazdo" czy inny wilczy szaniec 😉 Nie poszliśmy zwiedzać ale zrobiliśmy kilka fotografii. Może trochę szkoda bo z daleka budowla prezentowała się dość imponująco. Ale jak grupa to grupa.














Jedziemy dalej i szukamy kempingu. Ciężka sprawa bo poziomy w stosunku do morza są, delikatnie ujmując, ekstremalne. Znaleźliśmy miejsce na obiad i zdecydowaliśmy się pojechać za Jałtę bo lepiej będzie coś odpowiedniego wyszukać ...tak nam się zdawało. Generalnie Jałta jest bardzo droga nawet jak na nasze warunki ...był to jeden z argumentów za odleglejszymi poszukiwaniami.
Góry. Mordęga dla kamperów. Tyle razy co mieszałem dzisiaj dźwignią zmiany biegów, to w życiu tyle razy nie mieszałem herbaty ...chyba 🙂 Nie bez pewnego trudu ale dojechaliśmy na kemping (N44'45,848 E34'35,421). Wbrew pewnym opiniom zdecydowanie nie polecam. Zaparkowaliśmy pod murem na końcu ...hmm, znowu pod kibelkiem. Radziecki wynalazek marki „Ził” już dwa razy podjeżdżał w celu wybrania zawartości. Walory zapachowe zdecydowanie wątpliwe. Znieczulamy się ale piwo jest zbyt słabe. Wchodzimy na "wyższą półkę" ...jest trochę lepiej 😉 Cena w stosunku do jakości kempingu jest bardzo słaba - 100 hrywien od auta. Masakra. Kemping wygląda jak obóz dla uchodźców. Namiot na namiocie, garnek na garnku. Trochę przeraża mnine fakt, jak Ukraińcy traktują własny wypoczynek. Dość brudno i zapach średni ...ale jeśli im odpowiada! ...najwyraźniej tak bo jesteśmy, według przewodnika, w najbardziej popularnym miejscu wypoczynku. Iwona była w miejscowej toalecie i mam wrażenie, że żałuje 😉
Ukojeniem dla duszy były / są górskie widoki ...super. Łagodne serpentyny pozwalały na zrobienie kilku fotografii - tylko hamulce na przemian ze wskaźnikiem temperatury wody się czerwieniły ...nie ze wstydu.
Po zaparkowaniu mieliśmy małe zdarzenie. Podjechała Lada i parkowała ...jest ok ale pan postanowił się przestawić i zawadził Dudusia o zderzak. Szybka awantura, Ola z Wojtkiem przekrzyczeli kierowcę ...przeprosił. Może wezwać milicję! Pan się nieco wystraszył, bo wyglądał na wypitego. Przeprosił ale nie zaproponował żadnego zadośćuczynienia. Nie wraca do Łady więc za kemping Duduś płaci sam.
Noc koszmarnie gorąca. Wyszedłem nawet posiedzieć na schodkach ...nie tylko ja jak się okazało, ale czasowo się nie zgraliśmy :). Zebraliśmy się najszybciej jak się dało. Gosia wyszła na drogę, wstrzymała ruch i mogliśmy się ustawić jeden za drugim.
Znowu góry. Widoki piękne ale samochody cierpiały razem z nami. Dwa razy nawet jedynkę wbijałem ...tak zwanego AS-a. Po drodze bankomat. Straganów sporo więc szybkie zakupy ...pomidory, morele, brzoskwinie i oczywiście arbuzy.
Uzupełnialiśmy jeszcze zapasy wody na miejscowej stacji benzynowej. Trochę się pośmialiśmy przy tym, bo ludzie, którzy zatrzymywali się przed przejazdem kolejowym mieli miny jakby myśleli, że nasze auta jeżdżą na wodę ...trochę to "tankowanie tak wyglądało choćby z racji węża ogrodowego 🙂
„Kemping”. Był chyba toy toy ale pewien nie jestem, woda słodka z ogromnej beczki i bar. Stacjonujemy niemal na dziko ale w porównaniu z poprzednim miejscem to jest Wersal. Taka prywatna plaża. 30 hrywien od kampera. Okolice Feodozji N45'07.554 E35'31.812.
Jesteśmy przy samej plaży. Jedyna drobna niedogodność to wiatr - trzeba maty przy autach kamieniami obkładać. Stoimy obok ukraińskiego kampera. Jego właściciel, Sergiej, przyszedł się z nami przywitać. Kawał gościa ...prawie dwa metry wzrostu - sypialnie chyba ma przebudowaną 🙂
Ustawiliśmy się i do morza. Dzieci zadowolone i my też. Jest bar ale piwo w nim jest okropnie drogie. Za dwa piwa, w tym jedno litrowe, zapłaciłem 40 hrywien ...trzeba poszukać sklepu w mieście ...obowiązkowo.
Po kilku dniach podróży trzeba było zrobić pranie bo zapasy czystego już się skurczyły. Wykorzystaliśmy chyba wszystkie sznurki jakie mieliśmy. Kampery wyglądały jak wyciągnięte żywcem z taboru cygańskiego. Na dodatek jeszcze pościel była na leżakach. Pranie wyschło bardzo szybko i już było ładnie.
Obiadek, kawa, piwko ...pięknie tu jest 🙂
Wieczorem przyszedł Sergiej z pytaniem czy mamy przedłużacz. Załatwił prąd z baru i udało się nam podpiąć. Super, bo lodówka mogła spełniać swoje zadanie.











Na drugi dzień trzeba było jechać do sklepu. Zaoferowałem, że pojadę swoim kamperkiem. Znajomi Sergieja jechali swoim autem i pokazali nam gdzie jest sklep ...taki ichniejszy Lidl. Wyjątkowo w takiej sytuacji posłuchałem Eli i poszedłem z nią robić zakupy. Była z nami jeszcze Gosia, Dudusiowa Ola i Darol. Kusiło mnie by wcześniej przyjść do auta ale wózek był ciężki i zostałem do końca. Wróciliśmy do kampera. Otwarłem drzwi, wszyscy się rozpakowywali. Ja poszedłem na miejsce kierowcy. Hmm ...auto otwarte, nożyczki na siedzeniu - jakieś nie moje. Olśniło mnie ...mieliśmy włamanie. Gęsia skóra na całym ciele - co zabrali. Między siedzeniami miałem taką podręczną torbę, w której były ładowarki, gps i masę innych, drobnych rzeczy. Wszystko jestem w stanie przeżyć ale był tam również mój mały podręczny aparat fotograficzny. Jego też przeboleję bo był ubezpieczony ale fotografii z paru dni podróży już nie odzyskam i tego najbardziej mi żal. Całe szczęście, że włamywacz nie miał zbyt dużo czasu by pooglądać wnętrze bo za siedzeniem był jeszcze iPad i najważniejsze ...dokumenty. To była głupota je zostawiać ale nie pomyślałem wtedy o nich. W skrzyni pod siedzeniem był drugi, duży aparat, komplet obiektywów, lampa błyskowa, laptop. Chyba zrezygnuję z zabierania takich rzeczy na takie wypady. Eli zabrali tylko mały, podręczny plecak z parasolką. Nożyczki, które otwarły zamek zostały na siedzeniu ...na pamiątkę chyba. Poszedłem z Darolem i Siergiejem nad morze popatrzeć za torbą ale oczywiście nikogo z nią nie widziałem. Siergiej pytał miejscowych handlarzy i właścicieli barów czy znają kogoś z miejscowych "łotrów" ale nic nie wskórał. Jestem niemal pewien, że to ktoś z bloków przy sklepie no bo kto normalny nosi nożyczki w kieszeni po mieście. Pewnie śmiali się z nas zza firanki. Dzwoniliśmy na milicję ale nikt pod alarmowym numerem nie odbierał - okropnie mnie to wkurzyło.
I właśnie to było tłumaczenie, dlaczego zmuszony jestem posiłkować fotografiami Frape ...pisałem o tym na samym początku. Co prawda mam drugi, i generalnie lepszy aparat ale prowadząc auto ciężko się nim robi zdjęcia. Przez to jest ich nieco mniej.
Po powrocie na kemping Siergiej zaprosił Elę i mnie na symboliczne "100 gram" by ukoić nerwy i zatrzeć złe wrażenie w temacie Ukraińców. Udało się ...nie wszystkie informacje mogę połączyć w logiczny ciąg 😉









O świcie wyszedłem nad morze.. Duduś już był na leżaku. Poszedłem się wyplumkać by stanąć na nogi przed wyjazdem. Potem tradycyjna kawa, sprawdzenie poczty email (bo mieliśmy dostęp do wifi) ostatnie fotografie z ukraińskimi sąsiadami, wymiana adresów i w drogę.
Jechaliśmy do miasta Kercz. Droga przez stepy autem o kształcie cegły jest dość uciążliwa bo cały czas wieje i ściąga auto jak diabli ...przynajmniej moje. Rany, tu wszędzie wieje.
Miasto trochę ładniejsze niż wszystkie wcześniejsze. Podobno, bo ja nie poszedłem - rana po włamaniu jeszcze dość bolesna. Ale to prawda bo już samo przedmieście takie trochę inne. Już miejsce, w którym staliśmy wydawało się bardziej czyste i schludne.






Jedziemy na kemping. Tankowanie paliwa, wody na "awtomojce" i w drogę. Daliśmy za uzupełnienie wody 20 hrywien ...tak z własnej woli.
Za nami już ponad 2500 km a przed nami dość upierdliwy kawałek trasy - klepisko. GPS pokazuje 20 km do pokonania w godzinę dwadzieścia. Jest dość kiepsko. Trasa kurzowo - kamienista. Dojechaliśmy na miejsce. Miejscowość Kurortne (N45'28.1235 E36'19.0780) ...nie mylić z kurortem, nazwa zupełnie nieadekwatna do warunków ...przynajmniej jazdy. Droga przez wieś to masakra ...same dziury. W pewnym momencie miałem wrażenie, że kamper polegnie na boku. Chciałem uniknąć zetknięcia z drzewem tak, jak to prawie zrobił Darol. "Droga" nachylała się właśnie na drzewo - auto Darola przejechało bez problemu ale alkowa przeszła mniej więcej na grubość lakieru więc postanowiłem pochylenie wziąć wyżej i właśnie wtedy kamper niebezpiecznie się przechylił. Gaz, kierownica w prawo i jakoś się udało.
Samo miejsce fajne, nawet bardzo fajne, przy samym morzu nie licząc wydmy, która była jak wiatrochron. Fale jak "koregatabs" biją po plecach z siłą wodospadu ale miejscówka jest super. Oczywiście obowiązkowo wiatr.









Ustawiliśmy auta (zasłaniając widok na morze Rosjanom) i poszliśmy do jeziora. No właśnie ...po lewej jezioro a po prawej morze Azowskie. Jezioro z błotem ...podobno leczniczym. Ekipa weszła się ubrudzić. Fuuuuj ...tak to wyglądało. Błoto podobno gorące - nie wchodziłem, bo razem z Olą robiliśmy zdjęcia. Zrobiliśmy ich trochę - inne niż wszystkie ...czarno-kolorowe 🙂 Dzieci cieszyły się jak ...dzieci - to normalne. Dorośli natomiast ... również cieszyli się jak dzieci 🙂 Tyle uśmiechniętych "dużych" buzi jednocześnie i przez tak długo ...fajny widok 🙂 Szybkie mycie w morzu i pranie klapków. Błoto wchodziło wszędzie ...dosłownie. Teraz siedzimy przy stołach. Piwko, ekstremalny grill (bo wieje jak diabli) ...jest uroczo 🙂 Zamierzam jutro ze stolikiem kawowym iść na wydmy - będzie inaczej trochę.
Teraz muszę kończyć bo chłopakom włączyła się taśma z " wójek, mogę ipada?" ...w sumie to co innego o tej porze mają do roboty – niech grają.
Jest szansa na fotografię zachodu słońca. Udało się - zachodziło na granicy morza i lądu 🙂















Poranny wiatr wykluczył kawę na wydmach - łeb chciało urwać. Schowaliśmy się za największą z cegłówek czyli Dudusiowym domkiem. Leniwa godzinka i wybrałem się z Wojtkiem i Emilem do sklepu. 15 minut na piechotę. Czekaliśmy na chleb bo rozwożą do 10 a była 9.30 ...cóż było robić - wypiliśmy poranne piwo, mniam :). Miejscowe pomidory, jakieś rybki wędzone bo ładnie ze stołu na nas patrzyły, swojskie wino (45 hrywien za litr) i powrót grupy. Nie było nas dość długo ale chłodne wino złagodziło uwagi na ten temat.
Dzień minął typowo wczasowo czyli leniwo. Dzieci od wody się pomarszczyły, my piekliśmy się na słonku. W między czasie dziewczyny poszły do sklepu ale dość szybko wróciły bo miały "branie" ...rosyjscy, wytatuowani panowie koniecznie chcieli je odwieźć ale gdzie to nie wiadomo.
Darole postanowili dociążyć kampera na wyjazd i zabrali dość niecodzienną grę, „prawie” planszową - bule. Gra wzbudziła tak samo duże zainteresowanie jak kampery. Ludzie przyglądali się z daleka czym to Polacy zajmują się na wczasach. W między czasie mijała nas zielona Łada podrywaczy ...pewnie sprawdzali czy dziewczyny rzeczywiście są z facetami bo tak panie im mówiły. Wieczorem grill ale tym razem spokojny bo wyjątkowo wiatr ucichł. Cisza przed burzą? Oby nie.





Rano oczywiście kawa i nanoszenie poprawek kartograficznych czyli "znajdźmy nowy kemping". Jedziemy w kierunku mierzei. Zamierzamy jechać przez Lenino. Wróciliśmy do centrum Kerczu, bo chciałem kupić ładowarkę do baterii z aparatu. Baterie miałem jedną a zdjęć do zrobienia cała masa 😉 Niestety nigdzie takiej nie mieli, trudno. Darolowa Ola również ma Nikona ale model inny, bateria inna a co za tym idzie również ładowarka ...trochę tego nie rozumiem. Miałem jednak możliwość zobaczyć jak miasto a raczej kilka ulic wygląda - co prawda w telegraficznym skrócie ale jednak 🙂
Z baterią ostatecznie daliśmy radę – naładowana 
Po drodze mijaliśmy nieczynny reaktor atomowy. Podobno organizują tam jakiś giga duży festiwal muzyki techno ...szczycą się tym , że mają scenę za miliony dolarów, jak nikt na świecie. Nie pojechaliśmy go zwiedzić chociaż może szkoda bo to dość osobliwe miejsce. Osobliwy dość był również fragment drogi – ktoś podpalił trawę. Niby nic nadzwyczajnego ale ogień dochodził do samej drogi. Redukcja na trzy i gaz do dechy. Prędkość drastycznie skoczyła o jakieś 5 km/h :). Przez zamknięte okna czułem żar na policzkach …butla z gazem chyba też 🙂




Postój, szybki obiad, dzieci odmoczone i dalej na mierzeję. Docieramy na podobną drogę jak przed poprzednim postojem. Brzegiem morza, jak najdalej się da. Jest urwisko i samochody na plaży. Droga jest trochę dziwna jakby ktoś testował tu amortyzatory a jeśli nawet nie testował, to z całą pewnością powinien bo miejsce wręcz idealne. Dyg, dyg, dyg, dyg, dyg ...jesteśmy przy morzu. Plaża trochę zaśmiecona ale stajemy. Ja postanowiłem dojechać do osady. Ponieważ w lodówce mam 25 stopni to musiałem kupić zimne piwo ...a może uda się jeszcze wody zatankować. "Magazin" jest, piwo też, zaproszenie na obiad do miejscowej restauracji również. Dzwoni Iwona. Odpowiadam, że sklep blisko, plaża mniej zanieczyszczona, generalnie chyba trochę lepiej ale ponieważ nie były to decydujące argumenty to ja wracam. Niespodzianka - ekipa jedzie do mnie. Przez chwilę miałem wrażenie, że to "fata mrugana" ale nie, fatycznie jadą chociaż to nieco przesadzone określenie jak na te drogi ...pełzają.



Wjeżdżamy na plażę - muszelkową. Jedno, drugie, trzecie miejsce. Lekko się zakopałem w muszlach ...ale ja słabo. Wybieramy miejsce między knajpą a sklepem. Ja stoję, Wojtek też, Darol z boku a Frape się ustawiają. Niestety Grzesiek wjechał za daleko. Mielił kołami tak, że oparł się na silniku. Mamy mały problem. Lewarki, deski, najazdy, podsypka ...i tak ze trzy razy. Jest już wysoko, jest szansa ...ups, ześlizgnął się z najazdów. Zaczynamy jeszcze raz ale z opcją holowania. Gosia zła. Nawet Wojtkowe "będzie pani zadowolona" nie przynosi rezultatu. Auto przygotowane do wyciągnięcia, Duduś gaz i auto Frape stoi na twardym. Mam małe "zarzuty od sumienia" ale przecież nie namawiałem - ja tylko przekazałem, co widziałem.
Wziąłem sumienie na piwo ...już jest ok, reszta ...no cóż 😉
Ostatecznie ustawiliśmy się wzdłuż drogi, tylko ja tylnymi kołami wjeżdżając w muszle, zrobiłem odrobinę "prywatności" 🙂
Spotkaliśmy rodaków ze świętokrzyskiego. Od trzech lat wpadają tu na miesiąc. Nie zacieśnialiśmy znajomości ...nawet ja 🙂




Wieczorem poszliśmy na ciepły, dobry posiłek. Ela zjadła ryby "byczki" a ja miejscowe pierogi, odsmażane na patelni ...genialne, super …dwie porcje wciągnięte. Mogą też być z wody ale mnie odsmażane bardziej odpowiadają. Knajpa nazywa się "Hatinka". N45'19.3554 E35'25.0885. Pani doskonale rozumie język Polski.
Wieczór zakończył się piwem w miłym towarzystwie. Ola tradycyjnie poprosiła mnie o składanie krzeseł ...składanie w któryś z wieczorów mi nie wyszło 😉
Aha, udało mi się załatwić prąd ze sklepu ...powiedziałem, że mój "hołodielnik" jest "is dead" i "elektrika" się znalazła. 50 metrów dalej drugi, większy sklep ale mimo, że większy to trzeba pukać do bramy - na drzwiach jest napis "tuk, tuk, tuk".
Poranek mocno leniwy ...pierwszy raz wstałem o 9.24. Wcześniej oczywiście widziałem wschód słońca ale dziewczyny spały na skrzyni z aparatem i nie chciałem ich budzić. Stwierdziłem, że skoro tak to będę spał ile się da ...wyśpię się a zdjęcia zrobię „następną razą”. Pobudka, kawa, piwo ..."deliszys" 🙂
Całe to miejsce jest jakieś dziwne ...jakby Bóg o nim zapomniał. Zniszczone "PGR-y", domy, stoją jakieś dziwne, chyba nieużywane hangary, o asfalcie mieszkańcy tylko słyszeli ...szkoda gadać - zdjęcia to pokazują, choć kilka z nich przez światło i porę dnia wygląda dość interesująco i jakby zakrywają miejscową brzydotę.











Gosia, Iwona i ja poszliśmy na poszukiwanie Grześka, który sporo wcześniej poszedł zrobić kilka zdjęć słonego, wyschniętego jeziora. Grzegorz jest, zdjęć nie ma bo nie trafił.
Jezioro jest ale z drugiej strony. Dość księżycowy krajobraz. Robi to dość mroczne wrażenie ...sól, błoto, sól, błoto. Nie chciałbym tu mieszkać bo jedyny interes jaki można tu zrobić to super wypasione kampingi dla Rosjan pod warunkiem podciągnięcia słodkiej wody i zorganizowaniu reszty infrastruktury . No chyba , że wypali interes z miejscowym Sergiejem, który chciałby sprowadzać snopowiązałkę. W miejscowym sklepie można kupić rolkę za 153 hrywny ...ile metrów to nie pamiętam. Produkują ją w Bielsku, więc można sprawdzić 🙂
Dzień zaczął się bardzo dobrze i skończył prawie "jak zwykle" 😉 Ola zorganizowała swoje, trochę wcześniejsze urodziny ...a potem się obudziłem 🙂
















No właśnie. Poranek super bo widok wschodzącego słońca w tym miejscu jest naprawdę fajny. Niestety nie byłem w stanie przyłożyć się do zdjęć - dopadła mnie "zemsta faraona" ...ech, jak czuje się człowiek w takim stanie, to każdy pewnie wie - żadna frajda. Siedziałem od 5 rano przed kamperem i zdecydowanie nie chciałem jechać dzisiaj tyle godzin bo czułem się naprawdę słabo. Iwona przyszła na poranną kawę i patrzyła na mnie z uśmiechem ...ale to nie był kac a ja nie miałem siły jej tego powiedzieć. Jedna herbata, druga, trzecia, tabletka "antystresowa" ...trochę lepiej. Zapłaciłem pani za prąd (całe 30 hrywien), zwinęliśmy obóz i w drogę.
Trasa wiodła nas przez bezdroża co było o tyle dziwne, że to były drogi "czerwone" czyli takie główne według map. Chociaż czy ja wiem, czy dziwne? Po tych paru dniach powinienem się już przyzwyczaić.
Postanowiliśmy jechać tzw. longiem do Odessy, żeby nie tracić rano czasu na podróż. Byłem zmęczony trasą bo to ponad 500 km to raz a dwa, że ukraińscy kierowcy to historia sama w sobie. Jak już wcześniej wspomniałem, jeżdżą bez świateł po mieście ale po trasie k...wa też!!!. Koszmar. Osobówki oświetlone wszędzie, nawet wentyle z diodami ale świateł nie włączają a tiry w kilku przypadkach miały słabe ledy w reflektorach. Lepiej widać imię kierowcy na tabliczce w kabinie niż światła na drodze. To dlatego piszą, że nocą nie podróżuje się po Ukrainie ale nie ze względu na smyków tylko na te światła i stan dróg ...tak myślę.
Po kilkudziesięciu kilometrach dojechaliśmy do Odessy. Zatrzymaliśmy się przy kampingu ale nie chcieli nas wpuścić bo już "zakryte" ...a innych wpuszczali. Suma sumarum nocowaliśmy na parkingu przy ...OBI. No cóż " jak się nie ma co się lubi..." Koło nas (prawie) stała ekipa osobówką do której podjeżdżały inne auta. Klienci chyba ...jakaś miejscowa dilerka ale nas nie zaczepiali. Rano kolejna zagadka. Dwa auta dostawcze "otwartymi plecami" do siebie i zamieniali skrzynki ...auta chyba z przetwórni mięsnej sądząc po logotypie. Co robią wczas rano dwa "mięsne" dostawczaki pod OBI? Podglądałem przez okienko na alkowie więc mnie nie widzieli.
Poranna toaleta, śniadanko i na miasto. Zanim auta zostały zaparkowane mieliśmy trochę niespodzianek na mieście. Nawigacja Wojtkowa gubiła się trochę więc zmuszeni byliśmy naszymi "meleksami" robić nawrotki ...nawet na rondzie …pod prąd. Miny niektórych kierowców były bezcenne - tekstów nie słyszałem 🙂 Obowiązkowe miejsca turystyczne, takie bez szczególnej rewelacji ale w sumie ok. Na uwagę zasługuje zabudowa miasta. Stara, w wielu wypadkach bogato zdobiona, z dość sprytnie wkomponowaną nową architekturą w postaci kawiarenek, sklepów, sklepików i ...McDonaldem ku uciesze gawiedzi. Kilka pamiątek w postaci kapitańskiej czapki, furażerki radzieckiego "sołdata" czy innej czerwonej gwiazdy. Trzeba znacznie więcej czasu, by mieć więcej frajdy ze zwiedzania. My nie mamy go aż tyle, więc ruszamy dalej w drogę. Zgubiliśmy się trochę i siłą rzeczy zrobiły się dwie grupy ale wiedzieliśmy gdzie jedziemy więc nasze drogi zeszły się ponownie.















Po jakimś czasie znaleźliśmy się w miejscu zwanym "Zatoką". Parę kilometrów nabrzeża z małymi, dusznymi i mało sympatycznymi ośrodkami wypoczynkowymi takimi jak kiedyś w Polsce ...ot takie zakładowe, socjalne kampingi. Stosunkowo wąskie plaże ale z piaskiem, droga - klepisko. Miejscowym najwyraźniej nie przeszkadzają tumany kurzu. Stanęliśmy w połowie drogi i dalej na piechotkę w poszukiwaniu miejsca na kampery. Jedna pani miała miejsce ale nie chciała chyba zarobić - znaleźliśmy drugą. Miejsce jest, brama wjazdowa szeroka no to idziemy rozmawiać. W tłumaczeniu z rosyjskiego na rosyjski pomagała jej młoda Rosjanka. Inaczej - ona rozumiała co mówimy ale nie umiała za skarby zrozumieć jak można mieszkać w "aftamaszinach", które mają własną wodę, kibelki, prysznice, i "chołodielniki" ...bardzo poda mi się ta nazwa :). Zgodziła się nas ugościć choć słowo "ugościć" jest trochę przesadzone. Koszt pobytu 400 hrywien za dwa dni, za wszystkich. Standardowo byliśmy obiektami zainteresowania. Ludzie bacznie nam się przyglądali i komentowali pod nosem. Chciałem z szefową załatwić prąd więc powiedziałem, że jestem poszkodowany przez los i od dwóch dni piję ciepłe piwo bo mam lodówkę bez gazu a masło chodzi na wycieczki. Wstępnie się zgodziła i obiecała przyjść za jakiś czas. Czekałem do wieczora. Po zmroku podobno chodziła koło kamperów ale prądu nie dostałem. Na drugi dzień zapytałem co z "elektriką" a pani powiedziała, że musieliśmy się gdzieś "wkluczyć" skoro wieczorem świeciło się światło. Tłumaczyłem, że Darole mają wypasionego kampera z latarniami ale prądu i tak nie dostałem do wyjazdu. Mieli szansę pooglądać auta jak poszliśmy na wieczorny spacer i do restauracji. Chyba to zrobili, bo jak wracając przysiadłem przy administracji to usłyszałem jak mówią, że lodówki mają wszyscy. Mówiła jej to jedna z mieszkanek kempingu - w między czasie zamknęły z hukiem drzwi bym nie podsłuchiwał - szefowa już wiedziała, że całkiem sporo rozumiem co mówią. A ja tylko czekałem w kolejce do niej ...kobitka wyszła, ja podchodzę pod drzwi a szefowa zamknęła je na klucz i poszła na zaplecze. Ehh ...szkoda gadać. Może się bali, że ja wezmę prąd a korzystać będą wszyscy. Jak to się mówi: "każdy mierzy swoją miarą" a Ukraińcy to dość nieufny naród. Trudno - ciepłego piwa ciąg dalszy 🙂 ...no dobra, kłamę bo przed wejściem na kemping jest "sklepik" z zimnym.




Dwa dni później żegnaliśmy się z Ukrainą. Jechaliśmy na granicę z Mołdawią do miejscowości Reni. Po wyjeździe z kampingu i przedostaniu się na drogę utwardzoną, Frape zatrzymali się na poboczu. Okazało się, że uszkodzili oponę i to bardzo dziwnie. Popękały druty w gumie ale nie z boku tylko na bieżniku - widać to na fotografii. Zjechaliśmy na najbliższe możliwe miejsce - duży plac przy sklepie spożywczym. Kurcze, jak wyciąga się koło zapasowe w ich aucie?. Telefon do "przyjaciela" i teoretycznie wiemy. W między czasie Duduś zaoferował swoje ale odkręcić zapieczone śruby to jest wyzwanie. Czterech chłopa, klucze, WD40 i ...skończyło się na cięciu. Koło na ziemi i Grześka też bo znalazł "tajemniczą" śrubę więc pożyczania nie było. Frape zlokalizowali również gwoździa w przednim kole ale go nie ruszali ...może gdzieś uda się naprawić. Oponę postanowili kupić w Rumuni by uniknąć używanych na Ukrainie. My kręciliśmy się wokół awarii a panie robiły zakupy, wydając ostanie ukraińskie "dieńgi". Miałem wrażenie, że zrobiły roczny utarg sklepu 🙂 Drobne, spożywcze zakupy, wiadra alkoholi i papierosy. Kamper przechylił się jak łajba przy ostrym halsie i wybranym do granic grocie ...no może przesadziłem ale schowek był pełen "pamiątek" ...przynajmniej mój 😉 Tylko co powiedzą na granicy? Wiadro na głowę wliczając małoletnie dziecko :)))
Mamy chyba ponad godzinę opóźnienia. Droga, którą jedziemy to jakiś koszmar (foto). Niby główna ale czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałem. W Polsce to nawet rozkopane podczas remontu są bardziej przyjazne dla samochodów. Po dwóch stronach umownej linii dzielącej dwa pasy ruchu jest po metrze "w miarę" równej nawierzchni, która przechodzi raz na lewą a raz na prawą stronę drogi. Reszta to same dziury lub brak asfaltu. Pełne skupienie by nie błagać o opony lub amortyzatory u najbliższego mechanika. Po prawej stronie była równoległa droga ale szutrowa. Mając doświadczenie po wizycie na mierzei nie zdecydowaliśmy się na nią zjechać jak inni ...chociaż może szkoda. Wreszcie jest - droga w lepszym stanie. Emocje opadły ale i tak trzeba się bardzo pilnować.



Dojechaliśmy do granicy. Miejscowość Reni. Celnik wpuścił nas za szlaban i zaczął się pokaz sił. Po prawej stronie barak z celnikami Ukraińskimi i Mołdawskimi a po lewej posterunek milicji. No cóż, kolejna "strefa mroku". Może i dobrze, że zdecydowaliśmy się wspólnie odbyć podróż do domu przez Rumunię, bo widząc obecność może w sumie dwóch osobówek na przejściu granicznym, to Frape faktycznie mogli mieć spory kłopot z przedostaniem się przez granicę. Chodzi mi głównie o szczegółowość i czas kontroli, który był praktycznie nieograniczony ...tyle mieli celnicy roboty zwłaszcza patrząc na kierowców TIR-ów, którzy siedzieli pod parasolem sącząc piwo. A mało brakowało byśmy w trzy kampery wracali tą samą drogą a Gosię i Grześka puścili na pożarcie. Nie chodzi mi tu tak do końca o celników tylko o samą Mołdawię - bardzo niewiele jeszcze o niej wiemy.
Wracam na granicę. Paszporty sprawdzone, auta nasze a nie "wójka Gienia" więc teoretycznie wszystko powinno być ok. Celnik kazał mi się przestawić bo jakiś TIR mógł mnie przepchnąć do Mołdawi bez sprawdzania 🙂 Czekamy. Standardowo lider czyli Wojtek poszedł na pierwszy ogień. Rany, jak w bajce "12 prac Asterixa" gdzie musieli załatwić jakąś sprawę w miejscowym urzędzie. Nie pamiętam dokładnie ale w pewnym momencie wszyscy stanęliśmy u bram wodza celnicy. Wiedział, że jesteśmy razem więc nie pajacował tylko przeszedł do konkretów choć widać było, że myślenie przychodzi mu z trudem. Raz, że gorąco jak diabli a dwa, że to kawał gościa - prawie taki, jak poznany wcześniej Sergiej tyle, że był od niego o jakiś worek ziemniaków cięższy - takie drobne 50 kg. Wstał od biurka i już był spocony. Po krótkiej konsultacji z kolegą wymyślił, że da nam deklaracje celne. Polskich było tylko 8 (zakurzonych) więc braki uzupełnił ukraińskimi. Wypytał nas czy nie przewozimy broni palnej, narkotyków, leków psychotropowych, pałek milicyjnych i na przykład noży. Miałem mały stres bo obok dopuszczalnych noży kuchennych miałem w bagażniku z narzędziami całkiem sporych rozmiarów nóż, "prawie" myśliwski. Z deklaracjami nie było problemu, bo rubryki ukraińskich wersji odpowiadały rubrykom polskich deklaracji. Klasyka - co, ile, po co, dokąd i podpis prezesa. Daliśmy radę. Nowością było to, że nie musieliśmy całymi rodzinami pokazywać się celnikowi - sprawdził to osobiście jeden, na początku, więc z wyjątkiem kierowców wszyscy siedzieli w kamperach. W tym czasie można było spokojnie obiad ugotować ale po co drażnić głodnego 😉 Gość dałby radę ...chociaż podobno Darole mieli zapasów na następne wczasy. Ale gdyby chciał ciepłą wódkę to zapraszam do mnie 🙂 Kurcze, właśnie zdałem sobię sprawę, że jak się przewija temat alkoholu to również i moja osoba. Nie usprawiedliwiam się, ale dałem sobie dyspensę na wyjazd bo w domu praktycznie piwa nie piję a inne alkohole? ...no cóż miło było, ważne by nie przesadzać 😉
Deklaracje wypełnione, obiegówki w rękach - idziemy do szefa. Gość się wkurzył bo część obiegówek nie była przetargana ...jak bilety w kinach czy na basenach. Ruszył do boju. Przetoczył się przez korytarz i postawił na baczność pograniczników ...łącznie z milicją. Chłopakom się nie chciało ale "na władzę nie poradzę" ...musieli ruszyć zadki. Pokazał co trzeba zrobić i wrócił do siebie. Facet robił wrażenie - byłem gotowy sam się skontrolować.
Trochę z innej beczki.
Piszę to, bezpiecznie siedząc już na balkonie i obserwuję jak moi sąsiedzi dziecinnieją. Najpierw jeden wyszedł pobawić się zdalnie sterowanym, latającym dziwolągiem z czterema wirnikami a teraz drugi bawi się autem, również zdalnie sterowanym ...ale skubany zapyla - generalnie widać, że dzieci na koloniach. Sam bym się pobawił 😉
Wracam na granicę.
Chcąc nie chcąc byliśmy kontrolowani choć pewnie nie tak jak inni kierowcy - np TIR-ów czy Pan "Chiszpanin", który z jakiegoś powodu wybrał ta przejście graniczne. On musiał mieć duży stres, bo z tego co słyszałem, nie miał zielonego pojęcia co do niego mówią. Było jechać z przyczepą do Polski !?
U nas sprawdzili szafkę nad kuchenką, prysznic, pudło z lekami i już. Ciekawe dla mnie jest to, że ani razu nikt podczas całej podróży nie skontrolował alkowy a w schowkach kabiny, pod siedzeniem czy w kieszeniach można było przewieźć masę ciekawych rzeczy nie wspominając o 80 litrach alkoholu w zbiorniku na czystą wodę (rany, znowu ten alkohol ;). Jest ok, bo według deklaracji i tak nie było nas stać na łapówkę więc została tylko wizyta w tym samym baraku ale u Mołdawian. Opłata manipulacyjna 20 hrywien i jest stempel w paszporcie. Po mniej więcej 90 minutach jesteśmy w Mołdawii. Super, bo została nam tylko jedna hrywna. Do granicy z Rumunią jest jakieś 1,5 km więc zatrzymujemy się na chwilę, by mieć chociaż jakieś mętne wspomnienie o pobycie w tym kraju. Widok rewelacyjny. Zrobiłem kilka fotografii, w tym Adzie i rozkoszowałem się widokiem. Delta Dunaju - to fajne i rozległe miejsce ale w Mołdawii miało taki wyjątkowy smaczek. Przyszedł Wojtek i czar prysł. Powiedział, że w tym miejscu zbiega się szambo Europy. Trudno się z nim nie zgodzić - już inaczej na to miejsce patrzyłem ale miałem dla siebie 5 minut.
Papieros, wymiana wrażeń po granicy i jedziemy na drugą. Jak już pisałem to całe 1,5 km więc szału nie ma ale przy drodze widziałem śliczną dziewczynę. Jeśli wszystkie Mołdawianki takie są to ja chcę tam wrócić ...i popatrzeć 🙂
Puściłem auto na luz i jesteśmy na drugiej granicy. Mołdawia - Rumunia. Problem w tym, że wkraczamy do Unii więc może być różnie. Jedno jest prawie pewne - po tych kilku dniach w dzikich miejscach, możemy doznać szoku z powodu luksusów 🙂



Panowie w nieskazitelnie czystych, wyprasowanych, ładnych mundurach i całkiem fajna pani. Całość wygląda dobrze. Po drugiej stronie granicy widać sklep wolnocłowy. Przyszła pani, wzięła paszporty i sprawdziła ludzi w aucie. Czekamy. Wyszła ekipa ze sprzętem do kontrolowania aut ...śrubokręt, lusterka na kijach (takie jak u dentysty tylko większe) do sprawdzania podwozia i groźne miny. Weszli do aut. U nas sprawdzał celnik szafki, prysznic, popukał w "boazerię". Potem kazał otwierać schowki. Butle gazowe - obświecił latarką i jest ok. Potem schowek gospodarczy. Latarka, pukanie ... coś nie tak. Wbił klucz w ściankę – dość miękka. I jak gościowi wytłumaczyć po Mołdawsku, że to efekt jakiegoś wcześniejszego zalania? Miałem zamiar się zbulwersować ale w efekcie pewnie bym do dzisiaj tam siedział. Zacisnąłem zęby a celnik zawołał kolegę ze śrubokrętem ...rany boskie! Na szczęście był bardziej kumaty i nie narobił szkód. Noża nie znaleźli.
Duduś miał gorzej bo był chyba zbyt zabudowany lub za nowy. Kamper w wersji zimowej więc ma podwójne dno. Nawet "kota" mu kazali wyciągać ...dobrze, że bez wąchania - fuj 🙂 W sumie szkoda, że mnie nie kazali zaworów otwierać. Jako jedyny z ekipy "kota" i szarą wodę wypuszczam bezpośrednio na wolność ...nie z kaset. A co, jeśli bym miał to potem sam sprzątać? Brrrrr!
U Darola sprawdzali okienko dachowe. Trochę to dziwne bo gość pukał w szybę jakby spodziewał się drugiej warstwy ...chyba z alkoholem i czekał na bąbelki. Mogłem przynieść słomkę 🙂
Widać było, że kompletnie nie mają doświadczenia z takimi autami - bo niby skąd jak to jedne z pierwszych a z pewnością nielicznych kamperów na granicy. Sprawdzali niby wszystko a można było przewieźć dużo różnych rzeczy ...alkowy oczywiście nie sprawdzali - zbyt oczywista? Gość nie mógł mnie wezwać z nazwiska więc krzyczał moje drugie imię ...tak z francuskiego "Bernar, Beranar" - oddał paszporty i kazał iść do kolegi obok. Pieczątkowe błogosławieństwo i już.
Po około 40 minutach puścili nas podsumowując stwierdzeniem "święta ekipa" ...lub załoga - dokładnie nie pamiętam. Czy chodziło o brak kontrabandy to nie wiem ...nie dopytywałem, bo chciałem mieć to z głowy.
Celnicy Rumuńscy. Generalnie nie było żadnych problemów bo niby z jakiej racji ale jedna rzecz mnie wkurzyła. Sprawdzali mnie dwaj celnicy - młody, gość w porządku i dość wiekowy, który chodził wokół wszystkich, przejeżdżających granicę aut i coś notował. Po paru minutach oczekiwania podniósł szlaban i kazał jechać. Mam wrażenie, że nigdy nie jechał starym dieslem, bo nim świece się nagrzały to szlaban się zamknął ...eh, ta automatyka. Rany, jak on wyzywał...chyba 😉 Gdybym miał więcej czasu, to znalazł bym kogoś starszego stopniem i wniósł skargę. Języka ichniejszego nie znam tak jak wszystkich innych od momentu przekroczenia granicy Ukraińskiej (jakaś czarna magia) ale miałem nieodparte wrażenie, że mnie obraża. W zasadzie miałem pewność bo aż mnie czkawka dopadła. Co prawda było gorąco a wizji na dodatkowy zarobek raczej żadnych ale celnik nie miał prawa tak się zachować ...i nie choćby z racji przynależności do Unii ale ze zwykłej przyzwoitości - tak uważam.
Pal go licho - jesteśmy już w bardziej oswojonych rejonach. Rumunia. Jak to powiedział Wojtek "nigdy nie sądziłem, że będę się cieszył z przekroczenia rumuńskiej granicy" - a jednak można, tym bardziej po kilkunastu dniach spędzonych jeszcze dalej 🙂
Po przekroczeniu granicy zrobiliśmy przerwę na przekąszenie małego "co nieco". Wyszedłem z kampera i dowiedziałem się, że Frape pojechali do wulkanizatora. No i dobrze, bo przecież zapas trzeba mieć sprawny a przed nimi jeszcze dwa tygodnie w Rumunii. Sprawę opony załatwili szybko i dołączyli do orszaku. Musieliśmy zapytać o drogę więc podczas postoju zamieniłem z Gosią dwa zdania. Mieli jechać z nami jeszcze jakiś czas. W pewnym momencie zniknęli. Kurcze, jakoś dziwnie się poczułem 🙁 Żegnali się na granicy podobno na wszelki wypadek ale jakoś przegapiłem ten fakt. Trudno, jesteśmy w Unii więc nie narzekam ☺
W Rumunii jest inaczej. Drogi lepsze, pani na stacji mówi w języku angielskim, co akurat może być wyjątkiem ale dobrze trafiliśmy. Winietki trzeba kupić. Pani pyta skąd jesteśmy. Polsza, Poland, Polska ...nie kuma. Mickiewcz, Piłsudski (mi się wyrwało), Wałęsa ...nikomu nie przyszło do głowy by wspomnieć o Papieżu Polaku. Jak ona znała angielski, skoro nie rozumiała "Poland". Skucha, bo zakwalifikowała nas do Portugalii ...nagle olśnienie - Polonia. Jesteśmy w domu. Jak by nie patrzeć to sporo zaciągnęli z języka Włoskiego, co by panią odrobinę tłumaczyło. Udało się, winiety kupione więc jedziemy dalej. Zaplanowaliśmy trasę przez Galati do Braszowa. Miałem nadzieję, że za widoku przyjedziemy góry bo chciałem zrobić kilka zdjęć. Niestety. Przejechaliśmy je po zmroku zatrzymując się tylko na moją prośbę bo miałem wrażenie, że przy skręcie kierownicą coś mi mało sympatycznie stuka w zawieszeniu. Pomyślałem o niedokręconym przed wyjazdem drążku. Podczas postoju i czynnościami z nim związanymi, z lasu wybiegł pies (jak w wielu miejscach podczas podróży) ale ten był wyjątkowy. Najpierw mnie nastraszył a potem niemal płynną polszczyzną żebrał o jedzenie. Gdybym jeszcze robił co musiałem zrobić podczas postoju to zmiana bielizny w aucie była by murowana - jakoś nie spodziewałem się, że coś mi w środku nocy z lasu wyskoczy z pieśnią na pysku. No chyba, że jakiś zestresowany jestem i nadwrażliwy. Może to przesada ale kundel tak skomlił jakby mówił skubany.
Po kilku minutach i kilku smakołykach dla "czterołapego" jedziemy dalej. Dojechaliśmy do Braszowa. Z początku chcieliśmy się zatrzymać pod klasztorem ale ostatecznie postanowiliśmy szukać parkingu strzeżonego. Jest parking ...zamknięty. W budzie z hod dogami, pytając łamanym angielskim, rosyjskim i migowym (ku przerażeniu pani, która znała tylko swój rodzimy język) dowidziałem się, że nie ma szansy wjechać - dopiero jutro. Znaleźliśmy ostatecznie super miejsce ...dworzec autobusowy 🙂 No cóż - dobre i to. Jest ogrodzenie, szlaban, sklepy, bary, więc może i teren monitorowany. Jest bardzo późno i trzeba było gdzieś zakotwiczyć. Piwko przed spaniem i do leżenia. Rano obudził mnie gwar ...dworzec już czynny ale to nie tylko dworzec. Miejscowy menel, który jak się okazało miał fuchę przy sprzedaży biletów parkingowych, molestował Iwonę by ta zapłaciła za postój. Wyjątkowo namolny typ. Prawie wszedł mi do auta i gadał tak, jakby nas ochrzaniał, że stoimy bez biletów. Zapłaciliśmy po 10 lei i odpuścił ...pilnował co prawda swojej pracy ale był wkurzający. Miejsce okazało się jeszcze bardziej dzikie za widoku. Porządek średni, ludzi sporo i jakaś taka dusząca atmosfera.




Po śniadaniu zebraliśmy się bo czas zobaczyć rodzinne miasto Księcia Vlada III Drakuli zwanego Tepes czyli w wolnym tłumaczeniu "Palownik" …czy jakoś tak ☺. Zakładam, że o Drakuli słyszeli wszyscy ("drac" znaczy po rumuńsku "smok" później przekształcone w "Drăculea" - syn diabła) ale dlaczego "Palownik"? Otóż jego ulubionym sposobem egzekucji i tortur było nabijanie na dwu metrowe pale. Generalnie srogim władcą był książę. Wampira zrobił z niego dopiero niejaki Bram Stoker w książce "Dracula", która nijak ma się do historii - ot taka zwykła fikcja literacka.
Po drodze mijaliśmy całą masę wiosek, które notabene wpadły mi w oko i chciałem je sfotografować. Duduś CB nie ma, krótkofalówki już nie działają ale to jeszcze nic bo moje światła i klakson chyba również. Świecę i trąbie na zmianę przez parę kilometrów ale Wojtek był "odporny" na sygnały. Zatrzymał się dopiero jak Ola zadzwoniła telefonem i powiedziała o moich usilnych staraniach powstrzymania go przed zbyt szybkim dotarciem do Sighisoary. Sprawa załatwiona - krótki postój w jednej z wiosek, nieco większej od pozostałych, kilka fotografii ...Rafał zadowolony więc jedziemy dalej 🙂









Docieramy do miasta. Parking za hotelem, dokumenty i aparaty do plecaków i ruszamy szukać Vlada Drakulę. Wojtek powiedział (bo był już tutaj wcześniej), że to miejsce jest zrobione pod turystów i zasadniczo nie ma nic wspólnego z księciem, z wyjątkiem faktu, że mieszkał w jednym z domów do trzeciego lub piątego roku życia a jego prawidłowe włości są w innym miejscu - w miejscowości Târgovişte. To zostawimy sobie na następną wyprawę. Szedłem do tej części miasteczka właśnie z takim nastawieniem więc nie byłem zawiedziony. Wręcz przeciwnie - zabudowa i jej różnica poziomów, kolory i charakterystyka architektury sprawiają bardzo pozytywne wrażenie. Dość szybko zobaczyliśmy to, co każdy turysta zobaczyć powinien, zdjęcia zrobione więc poszliśmy do niewielkiej restauracji ...tego oczekiwały dzieci 🙂 Kawa, zimne napoje i chwila oczekiwania na pizzę. Miłem więc czas by przespacerować się pobliskimi uliczkami i zrobić kilka zdjęć. Wiedziałem, że to trochę lipa z Drakulą ale zabudowania zdawały się być oryginalne i takie są ...wpisane zresztą na listę UNESCO, czyli nic dodać, nic ująć. Kilka fotografii ogólnych i kilka szczegółów. Całkiem sympatyczne miejsce ale chyba nie do zamieszkania, bo jak dla mnie to zbyt duży ruch ale na krótką wizytę jest ok. Coś, na co zwróciłem uwagę to kilkoro dzieci, które chciały sprzedać przez siebie wykonane rysunki miejscowych zabudowań. Takie własne spojrzenie na miejsce "w którym mieszkam". Trochę żałuję, że nie kupiłem, bo to jedna z niewielu oryginalnych rzeczy w tym miejscu a już z całą pewnością bardziej prawdziwa niż masa "chińskich" pamiątek na straganach. Te dzieciaki nie miały więcej niż 8 -10 lat. Jak dla mnie, miało to swój urok.
Zjedliśmy po najdroższym lodzie w Rumunii i poszliśmy do kamperów. Na parkingu zaczepił mnie dzieciak z maślanymi oczami i prośbą o drobne.
Prawie wyjątkowo dostał parę miejscowych groszy ...chyba więcej niż oczekiwał bo uśmiech miał bezcenny 🙂 Miałem małego zgryza, bo tym, co się trochę napracowali rysując to nie dałem zarobić a temu dałem za nic ...nie licząc maślanych oczu 🙂 Trudno, nie wracam się.























Jedziemy przez miejscowość Cluj Napoca do Oradei czyli kierunek na granicę z Węgrami.
Droga w tym kierunku ma spory minus. Szerokość kontra ruch. Oprócz osobówek jest jeszcze cała masa TIR-ów, które również jadą na granicę. Mieszkać przy takiej drodze to koszmar. Niewielu kierowców przejmuje się ograniczeniem prędkości i dopasowują się do ruchu. Może to i słusznie ale mocno niebezpieczne bo to przecież zwykła droga ze znikomym poboczem i dojazdami do posesji. A na domiar złego, bardzo często odstępy między autami są tylko umowne. Oczywiście jak wszędzie, i przy tej drodze są stragany z owocami czyli są również kupujący. Takimi właśnie byliśmy my. Wojtkowi przypomniało się, że chcemy wydać resztę kasy i prawie nagle się zatrzymał. Ok, ale za nim miejsca nie było zbyt dużo, więc postanowiłem stanąć jako pierwszy, bo wystawałbym zbyt mocno na jezdnię. Najpierw kierunkowskaz w prawo, potem zmiana, wymijanie i znowu w prawo. Kierowca TIR-a mnie obtrąbił mnie tak, że prawie było mi wstyd nie wspominając o możliwych konsekwencjach - ufać, udało się ...tym razem 😉 Szybkie zakupy i jazda dalej.
Nie pamiętam, czy przed czy po tym fakcie mijaliśmy załogę NRD-owskich „old trimerów”, czyli wypielęgnowanych Trabantów z mikro przyczepami. Tradycyjna wymiana uprzejmości na skrzyżowaniu i szybkie zdjęcie. Ostatni z karawany również nam się przyglądał ...niestety zbyt długo. Usłyszałem tylko jęknięcie plastiku i chyba pisk hamulców ...chyba ale z pewnością w tej kolejności. Jak przy... (czytaj: wjechał) koledze w przyczepę to aż mnie zabolało. Na szczęście było to przed skrzyżowaniem, więc prędkość nie była zbyt duża. Niestety trzeba zawsze być czujnym. Miałem ochotę zatrzymać się i podarować im matę z żywicą ale przed nami jeszcze parę kilometrów do domu więc nigdy nic nie wiadomo a mata i żywica przede wszystkim nas miała zabezpieczać na takie ewentualności. Szkoda chłopaków bo oni dopiero na urlop (jak mniemam).
Dalsza droga przebiegła bez przygód. Na uwagę może zasługiwać jeszcze tylko fakt, że jedna z miejscowości wzdłuż trasy to była chyba jakaś siedziba baronów cygańskich bo takich dachów to ja na domach jeszcze nie widziałem (fotografie). Gdzieś wyczytałem, że to takie "cygańskie glamour". Domy dwu lub trzy piętrowe i jeden chyba wyższy ale dachy to raj dla złomiarzy. Całe kryte jakimś świecącym metalem (może aluminium). Raz, że dachy a dwa, że również wieżyczki. Całość misternie zdobiona ażurowymi wycinankami, włączając w to "ichniejsze" symbole na każdej z nich ...coś na wzór logo Mercedesa, tylko inaczej zmocowanego - taka przekręcona gwiazda. Moim skromnym zdaniem trochę tandetnie to wyglądało zważywszy na fakt dość nowoczesnego wyglądu reszty budynku ale przecież o gustach się nie dyskutuje 🙂 Zapewne było to oznaką statusu społecznego lub rangi w społeczności. Niestety nie udało mi się doczytać znaczenia tych symboli.

















Dotarliśmy do granicy z Węgrami - Bors Artand - czysta formalność w porównaniu z poprzednimi granicami.
Klasycznie z wyjątkiem nazw miejscowości język nie do ogarnięcia. Chciało by się przytoczyć powiedzenie "Polak - Węgier, dwa bratanki" ...ale po jakiej ilości alkoholu - ehh. Przez Debreczyn jedziemy do Hajduboszormeny - na kemping. Jesteśmy w miasteczku. Trzeba wypłacić kilka drobnych z bankomatu - jest bankomat ale zatrzymaliśmy auta w niedozwolonym miejscu i ochrona społeczna nie omieszkała nam tego wytknąć. Dwie panie stanowczym tonem tłumaczyły nam, że z tej strony nie wolno parkować ...proszę objechać rondo i stanąć z drugiej strony drogi - pod bankomatem. Ok - nie będziemy walczyć z "miejscową ochroną" ratusza. Bankomat czynny, kasa jest choć ilość zer do wklepania na klawiaturze mogła trochę onieśmielać. Jesteśmy na kampingu. Pan po kilku chwilach nas wpuścił - trochę późno przyjechaliśmy. Szybki rekonesans w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca i parkujemy. Pomijajam fakt, że w sąsiedztwie niemal samych Polaków ...ale co to był za kemping „panie Mieciu" – „na wypasie". Żywopłot wyznaczał parcele, prąd i woda (słodka) obowiązkowo, latarnie robiły miły dla oka półmrok. Wojtek znał to miejsce ale dla mnie były to cztery gwiazdki z plusem, zwarzywszy na miejsca, które w czasie całej podróży odwiedziliśmy. Młody chłopak z nikłą znajomością angielskiego wytłumaczył co i jak, zapisał ...i poszedł dalej prać 🙂 Wszyscy ustawieni, więc czas na spanie i inne rozrywki 😉 Przed nami jeden cały dzień na odpoczynek. Tanio nie jest, bo w przeliczeniu na złotówki płacimy +/- 100 zł od kampera ale mamy wszystko, co potrzeba. Prysznic z ciepłą wodą, lśniące czystością toalety, pralnia i baseny w cenie ...jest bardzo dobrze.
Rano oczywiście Dudusiowe dzieci ciągnęły na basen ...my też 🙂 Poranna kawa, śniadanko łagodnie przeszły w miejscowe piwko i "przybasenowe" naleśniki. Tak to można odpoczywać. Dzieci znowu obkurczone od wody a my w stanie zadowolenia 🙂
Przyszedł do nas sąsiad, Polak, z pytaniem gdzie jedziemy. Chyba zbyt głośno powiedziałem, że właśnie wracamy i skąd bo zaraz przyszedł drugi by zaczerpnąć informacji na temat Rumunii - dalej nie jechał. Powiedziałem co wiedziałem ...a co, taki jestem 🙂









Na obiad grill i kilka rodzajów mięs wyciągniętych na koniec podróży. Dym się nie przydał bo komarów nie było ...nawet wieczorem. Mniej więcej (bardziej więcej) po obiedzie znowu basen. Kilka obowiązkowych fotografii przemykającej po zjeżdżalni młodzieży, naleśniki, szklanki zimnego piwa z ociekającymi po nich kropelkami wody ...jest cudownie. Pani z baru ma techniki sprzedaży opanowanie do perfekcji. Jak poszedłem z Elą, to piwo nalewała "normalnie" czyli kubek pod kranik i już ale jak poszedłem sam, to kubek ustawiła dokładnie między piersiami (przynajmniej z mojej perspektywy) ...nie widziałem ile go nalała ale wyglądała jakby brała prysznic ...ehh:) Po następne poszedłem znowu sam 😉
Po wyjątkowo leniwym "basenowaniu" poszliśmy wciągnąć obiad na kolację do pobliskiej restauracji. Nieduże ale przyjemne pomieszczenie i kilka stolików na zewnątrz a w zasadzie trzy lub cztery długie stoły z ławkami. Wszystko pod parasolami. Sam posiłek jak dla mnie był bardzo smaczny a rachunek jeszcze smaczniejszy. Za niewielkie pieniądze można było się najeść. Do posiłku klasycznie kompot z chmielu - również dobry 😉 Ważne jest to, że kelner swobodnie władał angielskim więc nie trzeba było zbyt mocno palcować menu lub machać łapkami w powietrzu pytając "co to". Zresztą jeśliby nawet nie znał angielskiego i nie rozumiał „po Polskiemu”, to menu miało obrazki.
Rano, no cóż, kierunek Polska czyli zasadniczo koniec wakacji. Trochę przykro ale nie ma innej opcji. Śniadanko, pakowanie i w drogę. Trasa w kierunku Cieszyna z uwzględnieniem oczywiście jeszcze dwóch granic. Droga nie sprawiała problemu bo niby dlaczego - równo, szeroko ...cacy. Jeden przypadek sprawił, że nie skończyłem pisania w tym miejscu. Zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnym barze. Ekipa jadła przy stolikach a ja z dziewczynami w naszym M1, bo Ela rano zdążyła ugotować ryż i zrobić chińszczyznę z opcją późniejszego podgrzania. Brzuszki pełne, diesle już warczą czyli w drogę. Ujechałem jakieś 100-200 metrów i patrzę, że Darol się zatrzymał. Zatrzymałem się trochę dalej i czekam ...chłopaki też stanęli. Przez radio Ola mnie pyta czy mogę zawrócić bo tata potrzebuje drutu - tłumik się urwał ...szlak by to. Drut za całe 5 zł okazał się w tej podróży baaaardzo potrzebny ...kilka razy nawet. Ciekawe jest to, że tłumik był praktycznie nowy a w każdym razie wymieniony dopiero co. Tak paskudnie się urwał, że ciężko było go ponoć zamocować. Nie licząc wypadającej uszczelki na autostradzie, to Darol był jedynym, któremu nic większego się nie stało podczas podróży więc siłą rzeczy teraz była jego kolej 😉 A może to była kumulacja bo kilka kilometrów dalej zatrzymała go policja za przekroczenie prędkości ...tylko pouczenie - uff.





Zatrzymaliśmy się w miejscowości Kremnica na krótki postój z opcją na lody. Zamek w otoczeniu ładnych, stylowych zabudowań, dość mało ludzi - generalnie przyjemnie. Podczas zwiedzania Darol wpadł na pomysł, żeby zostać na noc na pobliskim kampingu. Ostatnia wakacyjna kolacja. Pomysł zacny ale ja niestety nie mogę zostać. Do samych Katowic jeszcze sporo kilometrów a gdzie tam Warszawa. W poniedziałek Ela musi być w pracy, ja zasadniczo też a trzeba jeszcze się jakoś ogarnąć po wczasach. Cóż więc było robić ...do domu wracamy sami. Postanowiliśmy jechać do ojca na działkę. Raz, że bliżej a dwa, że jest możliwość swobodnego przepakowania, posprzątania i oczywiście umycia auta bo brudne było okropnie ...półki w kolorze "krymskiego pyłu" a na szybach i karoserii na wpół martwe owady jęczały w różnych językach.
Niedziela i sprzątanie kampera jakoś nie wzbudzały mojego entuzjazmu czemu w sumie trudno się było dziwić. Ostatecznie to przecież porządki, których szczególnie nie kocham i najważniejsze, że to definitywny koniec wakacji. Mnie osobiście trudno się nawet będzie wybrać na jakiś weekend bo przecież sezon ślubny w pełni i mam już zakontraktowane zlecenia. Przedłużaliśmy wyjazd od taty jak tylko się dało ale koniec końcem zaparkowaliśmy auto na osiedlu ...w Warszawie 🙁
Ostatnie wakacyjne zajęcia to przygotowanie zdjęć, przekazanie ich zainteresowanym i oczywiście zakończenie pisemnych wspominek. Jedno i drugie zajmuje chwilę. Selekcja, wykadrownie i drobna korekta fotografii trochę szybciej mi poszła a pisanie? No cóż ...do dzisiaj piszę. Nawet opalenizna już zeszła 🙂 Darol i Duduś cisną bym się pospieszył ...fakt, trochę się to ciągnie ale ja przynajmniej podzieliłem się już fotografiami (Frape również) a reszta? Buuuuuuu, nie ładnie 😉







Myślę, że zakończenie powinno mieć charakter podsumowania, co niniejszym czynię.
Ukraina. Kraj dla zwolenników off roadu. Drogi w zdecydowanej większości przyprawiają o ból zawieszenia. Jeszcze duuuużo wody upłynie zanim dorównają nawet naszym drogom , bądź co bądź, również w nienajlepszym stanie. Jestem bardzo zadowolony, że mój kamperek dał radę przejechać tyle kilometrów bez niespodzianek - w sumie ponad 5000 km.
Z wyjątkiem Krymu, cała Ukraina jest płaska, dość monotonna do jazdy nie licząc oczywiście miejsc zapomnianych przez Boga, które wzbudzają dość skrajne uczucia. Od dość dziecinnie-wakacyjnego zachwytu, bo to w końcu pewien rodzaj egzotyki, po niemal skrajne współczucie. Ludzie, którzy tu mieszkają, wydają się być pozbawieni wszelkich nadziei na "lepsze jutro" ...wydają się, bo nie rozmawiałem z nimi akurat ale w tych warunkach trudno mi było myśleć inaczej. Zresztą na jednym z postojów już na samym Krymie słyszałem, że Polacy są postrzegani jako bogacze. Chłopak, z którym rozmawialiśmy (ten od sznurka do snopowiązałki), jakoś nie bardzo dowierzał, że nie jesteśmy biznesmenami. Czyli jesteśmy dla nich wyznacznikiem pewnego rodzaju luksusu. Patrząc na te konkretne (choć nie tylko) okolice to muszę się z nim zgodzić.
Ukraina jest w moim odczuciu krajem marginalnych kontrastów. Ludzie żyją kosztem innych ludzi. Jedni obrzydliwe bogaci a inni bardzo biedni. Państwo tym pierwszym ułatwia bogacenie się a tych drugich nie rozpieszcza. Dla jednych ma "otwarte kieszenie", a tych biednych ma pod tylnymi kieszeniami. Tanie (przynajmniej dla turystów) są tylko papierosy, alkohol i paliwo. Dla miejscowych i tak musi być drogo skoro rzeczone paliwo leje wyłącznie obsługa stacji i to tylko po uprzedniej zapłacie. Pewnie klienci tankowali i nie płacili.
Bardzo drogie są wyroby, które muszą być chłodzone lub przechowywane w specjalnych warunkach. Przykładowo mleko w przeliczeniu kosztuje 6zł a piersi z kurczaka 22zł za kilogram. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić niektóre ceny nawet w Polsce. Przez te trzy tygodnie podróży wydaliśmy +/- trzy średnie pensje ukraińskie bez specjalnych ekstrawagancji. Oczywiście z paliwem ale jednak. Nasz założony budżet 5000zł w zasadzie nie został przekroczony a jeśli nawet, to nie wiele ...nie licząc oczywiście kradzieży, która po dość dokładnym podliczeniu kosztowała nas prawie 3500zł ...i mimo cienia szansy na częściowy zwrot trochę jeszcze boli 🙁 Nauczyła mnie ona, że zawsze trzeba mieć na oku auto / kampera w podróży i to nie tylko po Ukrainie ...zawsze!
Byłem, zobaczyłem, wyrobiłem sobie zdanie i wystarczy. Chociaż kto wie ...ale z pewnością nie szybciej niż za 10 lat. Może jedynie zatęsknię za Bakczysarajem, ale żeby go zobaczyć to wcale nie trzeba jechać kamperem. Tak czy inaczej trzeba poczekać, aż zmieni się mentalność ludzi i powstanie infrastruktura sprzyjająca turystyce i to nie tylko kamperowej. Gdzie oprócz kasy i kilku "goryli" do jej pilnowania będzie można w godnych warunkach odpocząć, umyć się, wylać szarą wodę i resztę nieczystości. Zdecydowanie nie myślę o luksusach ale o jakiś podstawowych elementach, które sprawią by odpoczynek stał się odpoczynkiem. Rzecz, której osobiście nie mogę zaakceptować (i mam wrażenie, że nie tylko ja), to wszechobecny bród w miejscach zwanych kampingami czy miejscach uważanych za wypoczynkowe. Może myliłem się pisząc wcześniej, że IM to nie przeszkadza ...może tylko właścicielom to nie przeszkadza. Chociaż z drugiej strony jeśliby ludzie na to zwracali uwagę i nie przyjeżdżali tłumnie to pewnie właściciele by coś musieli zrobić. Sam już nie wiem - mnie się to nie podobało. Oczywiście nie mogę generalizować bo były miejsca całkiem ok ale to tak, jak z drogami ...jeszcze dużo wody upłynie. Zdecydowanie lepiej pod względem wypoczynku prezentują się mniejsze, bardziej odległe od dużych skupisk ludzkich miejsca i te polecam z czystym sumieniem. Tam nawet ludzie są bardziej otwarci, skorzy do rozmów i (mam nadzieję) pomocy. Tacy bardziej sympatyczni. Chociaż to pewnie działa tak samo jak u nas. W mniejszych społecznościach ludzie są jacyś "bardziej" ...mili, rozmowni i w większości przypadków bardziej im się chce.
Tak czy inaczej polecam taki wyjazd bo oprócz tej całej "umownej egzotyki", można znaleźć ciekawe miejsca, spotkać ludzi chłonnych wiedzy o nas i całym zachodnim świecie czy choćby (spłycając myśl) pochłaniać naprawdę przepyszne plony w postaci arbuzów, brzoskwiń, moreli i całej gamy innych, równie pysznych, dojrzałych owoców i warzyw.
Mam szczerą nadzieję, że Ukraina zmieni się za parę lat na tyle, by można było bez specjalnych stresów pojechać i zwracać uwagę na swoiste piękno, które niewątpliwie posiada a nie na bezpieczeństwo czy jakość świadczonych usług.
Nie wiem, czy dam się jeszcze namówić na wyprawę w tym kierunku ale zdecydowanie nie żałuję tego wyjazdu. Oczywiście bardzo ważny jest fakt podróżowania z fajnymi ludźmi, dzięki którym lepiej wspomina się każdą podróż, znosi niewygody i można czuć się bezpieczniej. Niniejszym bardzo dziękuję ekipie Daroli, Frape i Dudusiom za wspólną podróż i mam nadzieję na „jeszcze” ☺. Teraz, tak prawie na świeżo, myślę o zwiedzeniu Rumunii, która mnie na swój sposób urzekła i o której nie omieszkałem już zasięgnąć kilku informacji.
Jak będzie to zobaczymy. A co do powyższego opisu, to mam nadzieję, że ktoś wyciągnie z niego jakieś potrzebne informacje choć, jak pisałem, nie jest to przewodnik czy poradnik a zbiór myśli, które zakiełkowały mi w głowie i wydarzeń, które miały miejsce podczas tej podróży.
A tymczasem czekam na opisy z wypraw ☺
Pozdrawiam - R.
Dopisek autora.
Już wiem, że zastanawiający nieco jest tytuł opisu. Już tłumaczę. Otóż tytuł to swoista mieszanka dwóch wyrazów – „kamper” …wiadomo a „o-ina” to zdecydowany związek z adrenaliną towarzyszącą przygotowaniom i …pierwszą naszą, tak długą podróżą. Nie mylić z innym tłumaczeniem drugiego członu ☺ .
Ot i cała filozofia.